Powrócić do pierwotnej Miłości. XXII Niedziela Zwykła

XXII Niedziela zwykła  – A

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść… (Jr 20, 7a)
Miłość Boga jest zawsze pierwsza. Istniejemy tylko dlatego, że nas umiłował, i dlatego, że nas pierwszy umiłował, pojawiliśmy się na świecie. Skoro pozwoliłem się Mu uwieść, to tylko dlatego, że tę podstawową prawdę nie tylko odkryłem przed laty, ale musiałem jej doświadczyć. Słowo Boże mówi o tym spotkaniu, jak o zakochaniu, jak o uwiedzeniu, zauroczeniu, olśnieniu dwóch osób sobą nawzajem. To jest ta Janowa „dziesiąta godzina”. „Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. A było to około godziny dziesiątej” (J 1, 39b). Pamięta się tę godzinę po latach i przez lata. Wracajmy do niej jak najczęściej. Do pierwszego spotkania z Jezusem. Do tych uczuć i decyzji. To ważne by „tę godzinę” celebrować, jak ważne rocznice, najważniejsze. Nie będzie zresztą już ważniejszych spotkań, niż to, kiedy spotykamy Jezusa. To jest jak trafienie w „dziesiątkę”, w sedno, to jest jak nowa era, od której liczy się czas.

Ujarzmiłeś mnie i przemogłeś… (Jr 20, 7b)
Potem codzienne „niesienie krzyża”. „Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Mt 16, 24). Takie są konsekwencje spotkania z Nim i miłości. Każdej miłości. Prawdziwa miłość powinna przekształcać się w krzyż, w ofiarę, trud. Powinna kosztować. Przede wszystkim koszty ma ponosić nasz egoizm i pycha. Sami nie damy rady zwyciężyć siebie. Dlatego potrzebujemy, by Jego miłość nas przekonywała, ujarzmiała. I nawet, jeśli Jego jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie (por. Mt 11, 30), to i tak z naszej strony wciąż będzie zmaganie i walka. Stąd trzeba wciąż dziękować, że On nigdy nie rezygnuje, dopóki nas nie przekona i nie pobłogosławi, jak Jakuba walczącego z Nim nad potokiem Jabbok (por. Rdz 32, 27). Zawsze dla naszego dobra.  

Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają (Jr 20, 7c)
Nie wszystkim się ta Miłość podoba. Z różnych powodów. Czasem dlatego, że nie są w stanie do niej dorastać. Z góry rezygnują. Nawet nie próbują jej zakosztować. Dlatego będą ją kwestionować, atakować, nawet chcieć zniszczyć. Jeśli jesteśmy wierni tej Miłości, to oczywiste, że i nam nie przepuszczą. Będą wyśmiewać, urągać, szydzić. Takie są konsekwencje wierności Jezusowi i bycia Jego uczniami. „Jezus zaczął wskazywać swoim uczniom na to, że musi (…) wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Mt 16, 21). Dzisiaj powtarza się to w Jego Kościele. Jego uczniowie tego doświadczają. Tak zapowiedział. Bywa też, że niektórzy uczniowie cierpią z powodu innych uczniów, braci i sióstr – starszych (prezbiterów), arcykapłanów (biskupów), uczonych w Piśmie (teologów), także innych ludzi (por. Mk 9, 31). I bywa też tak, że słusznie cierpimy za nasze grzechy, bo my nie dorastamy do Jego Miłości. Wtedy warto może modlić się modlitwą dobrego łotra: „My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa»” (por. Łk 23, 41-42).

I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię! (Jr 20, 9a)
Może się pojawić pokusa, by zmniejszyć zapał, by przygasić gorliwość. Lata też robią swoje. Łatwo wejść w przyzwyczajenie, rutynę czy wygodę, tym bardziej, że może nawet tak łatwiej żyć między ludźmi. Bycie radykalnym w Jego miłości sprawia kłopoty. Dzisiaj wielu to przeszkadza, drażni, irytuje ta Jego Ewangelia. Nie na nasze czasy, mówią. Nawet tak zaczynają myśleć i wierzyć. Może i my tak mówimy? Może jeszcze nie myślimy…Toczymy wewnętrzny spór, zmaganie. Może rzeczywiście oni mają rację? Może my się mylimy? Może Kościół powinien tak się zmieniać? Ułatwiać ludziom życie, trochę naginać Ewangelię do ducha czasu? Może chodzi o taki Kościół „bardziej ludzki”?

Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, żarzący się w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem (Jr 20, 9b,c)
Jak to dobrze, że Duch Święty działa! Nie pozwala nam w taki sposób usprawiedliwiać naszych lęków, strachu czy wygodnictwa. Trawi nasze serca jakby ogniem, rozlewa Jego miłość na nowo w naszych sercach. A tylko Jego miłość usuwa lęk. Owszem, jest się czego bać. Wierność Jezusowi może kosztować tracenie życia na różne sposoby, tracenie korzyści materialnych, znaczenia pośród ludzi, czy przywilejów doczesnych. Tylko Jezus w Ewangelii mówi jednak inaczej: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z Mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16, 25-26). Jeśli nie odpowiemy na te pytania w sposób ewangeliczny, to będziemy wtedy naśladować św. Piotra, który czynił Jezusowi wyrzuty, że Ewangelia z krzyżem się nie sprawdzi, że Bóg nie zna się na życiu.

Boże, mój Boże, szukam Ciebie i pragnie Ciebie moja dusza (…). Twoja łaska jest cenniejsza od życia (Ps 63, 2.4)
Niech to będzie nasza codzienna modlitwa. Ta brewiarzowa i lectio divina. Nasza odpowiedź na pokusy, by nasze tylko ludzkie myśli nas inspirowały i przekonywały do dokonywania wyborów i podejmowania decyzji każdego dnia. Bo tylko Boża łaska jest w stanie nas przekonać i przemienić nasze myślenie, a w konsekwencji również działanie i postawy. „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu miłe i co doskonałe”. (Rz 12, 2). Kierunek naszego życia duchowego to nieustanny wzrost, od tego, co tylko po ludzku dobre, poprzez to, co miłe Bogu, aż do tego, co doskonałe. Nie odwrotnie! Nie możemy stygnąć w wierności, ulegać zniechęceniu, czy zadowolić się przeciętnością. Świat zawsze, także dzisiaj, potrzebuje zobaczyć „uwiedzionych” przez Boga. Zakochanych i zachwyconych Bogiem.

Oto wpatruję się w Ciebie w świątyni, by ujrzeć Twą potęgę i chwałę (Ps 63, 5)
To jest źródło naszej motywacji, mocy i miłości, oprócz osobistej modlitwy i karmienia się Słowem Bożym – codzienna Eucharystia i adoracja. Sami z siebie potrafimy tylko się wycofywać i poddawać. Stawać się niewierni. Łaska Boża, Jego Słowo i Ciało, On sam – potrafi nas jednak przekształcić, uformować tak, abyśmy „dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu miłą, jako wyraz naszej rozumnej służby Bożej” (por. Rz 12, 1b). Gdy tak się dzieje, całe życie chrześcijanina, jak podkreśla św. Paweł, staje się liturgią, czyli rozumną służbą Bogu. Nie ogranicza się więc ona do ołtarza i świątyni, lecz obejmuje wszystkie dziedziny naszego życia. Prośmy więc o odnowienie i umocnienie naszego pierwszego wyboru Chrystusa słowami aklamacji przed dzisiejszą Ewangelią: Niech Ojciec Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przeniknie nasze serca swoim światłem, abyśmy wiedzieli, czym jest nadzieja naszego powołania” (por. Ef 1, 18).

Ks. Artur Ważny  – ojciec duchowny kapłanów diecezji tarnowskiej.

Udostępnij Tweet