Odejścia z kapłaństwa w świetle nauczania Jana Pawła II – ks. Raymond J. de Souza

Są ciężary, często niezasłużone, które towarzyszą każdej drodze życia. Kapłaństwo nie jest tu wyjątkiem, przy czym nie można zapomnieć, że w dźwiganiu ciężarów pomaga nam łaska Boża.

 

Oświadczenie księdza Jonathana Morrisa było dla nas ciosem. [J. Morris był nowojorskim kapłanem oraz popularnym dziennikarzem i komentatorem życia społecznego często zapraszanym przez największe amerykańskie stacje telewizyjne, na stałe współpracującym z Fox News. 10 czerwca br. J. Morris ogłosił chęć odejścia z kapłaństwa – przyp. tłum.]

Jego decyzja o porzuceniu życia kapłańskiego rani zarówno jego współbraci księży, jak i parafian. Jednocześnie on sam twierdzi, że przynosi mu ona radość.

W związku z tym, że ks. Morris był częstym gościem telewizji Fox News oraz jest autorem książek, liczba osób, na które ma on wpływ jest większa niż w przypadku innych księży. Stanowi on więc szczególny przypadek. Ks. Morris nie został oskarżony o niewłaściwe postępowanie. Nie zrobiono z niego kozła ofiarnego, by „przykryć” problemy przełożonych. Nie zakochał się w kobiecie i nie chce się szybko ożenić. Nie został ojcem dziecka ani nie prowadził podwójnego życia. Właściwie wcale nie upadł. Po prostu chce odejść. Twierdzi, że nie powinien był w ogóle zostać kapłanem.

W oświadczeniu na Facebooku ks. Morris ujawnił, że po okresie półrocznego urlopu zwrócił się do Ojca Świętego o przeniesienie do stanu świeckiego i zwolnienie z celibatu. Podczas gdy, jak twierdzi „kochał i rozwijał się” w posłudze kapłańskiej, od dawna dręczyły go wątpliwości związane z „powołaniem i zobowiązaniami, których domaga się katolickie kapłaństwo, zwłaszcza z celibatem i niemożnością założenia rodziny.”

W kolejnym wywiadzie telewizyjnym ujawnił, że jako kleryk miał krótką relację miłosną z kobietą, po czym powiedział przełożonym, że chce opuścić seminarium. Zamiast tego ks. Morris, wówczas legionista Chrystusa, został wysłany do Meksyku, gdzie spotkać się miał z założycielem zakonu, o. Marcialem Macielem. Maciel, wyrafinowany oszust i przestępca, człowiek skorumpowany do głębi, nie widział nic złego w tym, że Jonathan miał pokusę prowadzenia podwójnego życia. Kazał mu zostać i nawet przyspieszył jego święcenia o dwa lata. Choć Jonathan został księdzem w środowisku daleko idącego zepsucia, to, jak wnioskuję, przeżył w kapłaństwie szczęśliwe i owocne lata.

Nasze ścieżki życia przecięły się w Rzymie jeszcze w czasach formacji seminaryjnej, a w związku z tym, że obaj pracowaliśmy w mediach, spotykaliśmy się jeszcze niejeden raz.

Kiedy ks. Morris opuścił Legion Chrystusa i inkardynował się do archidiecezji nowojorskiej, wpadłem do niego, gdy pracował w starej katedrze św. Patryka na dolnym Manhattanie. Przez ostatnie kilka lat nie mieliśmy jednak bliższego kontaktu. Tak więc wiadomość o odejściu ks. Morrisa była dla mnie, tak jak dla wielu ludzi, ciosem.

Choć nie ukrywam rozczarowania jego decyzją, to wiem, że Kościół ma wypracowany sposób działania w podobnych przypadkach i wydaje się, że ks. Morris załatwił sprawę we właściwy sposób. Mimo to, uważam, że moje rozczarowanie jest w tej sytuacji najwłaściwszą reakcją, a ks. Morris zdaje się przyznawać mi rację mówiąc, że tego się właśnie spodziewał: „Mój strach przed rozczarowaniem ludzi wobec mnie zawsze powstrzymywał mnie przed zrobieniem tego kroku”.

Potrafię to zrozumieć. Choć sam nie doświadczyłem podobnych problemów, to sądzę, że wolałbym umrzeć jako nieszczęśliwy kapłan niż w poszukiwaniu szczęścia – być może nieuchwytnego – poza kapłaństwem, sprawić zawód mojej rodzinie, uczniom, parafianom oraz Kościołowi. Ks. Morris prawdopodobnie myślał tak samo przez wiele lat. Próbował zrezygnować z formacji kapłańskiej jeszcze przed święceniami, ale został zmanipulowany przez jednego z najbardziej niegodziwych ludzi w historii Kościoła.

A mimo to… Bóg potrafi pisać prosto na krzywych liniach i napisał kilka pięknych wersetów piórem, którym był ks. Morris.

Okoliczności życiowe często prowadzą ludzi tam, gdzie nie zdecydowaliby się pójść sami, a ich zadaniem jest jak najlepiej wykorzystać to, co mają, służyć Bogu najlepiej, jak potrafią i dążyć do świętości tak, jak umieją. Wiele małżeństw jest w podobnej sytuacji: być może zbyt pochopnie zdecydowali się na ślub. A co z niezamężnymi kobietami, które zachodzą w ciążę, która psuje ich plany na przyszłość? Analogiczne rzeczy zdarzają się także kapłanom.

I co mamy o tym sądzić? Niecodzienne jest publiczne komentowanie rozeznania powołania drugiego człowieka, ale ks. Morris zdecydował, aby uczynić swoje odejście sprawą publiczną poprzez ogłoszenie tego w mediach. To, co napisał było szczere i w pewnym sensie nawet wzruszające. Stwierdził, że nadal będzie brał udział w życiu publicznym. Publiczny charakter sprawy pozwala więc na komentarze.

Czy Morris ma rację, mówiąc, że „teraz realizuje Boży plan na swoje życie”? Tego oczywiście nie wiemy, ale ja jestem zaniepokojony tym stwierdzeniem. Nie wątpię, że Morris doszedł do wniosku, że porzucenie kapłaństwa jest dla niego wolą Bożą, ale z całym szacunkiem, uważam, powinno nas takie stwierdzenie niepokoić.

W październiku minie czterdzieści lat odkąd św. Jan Paweł II przemawiał w Filadelfii do amerykańskich księży. Było to w roku 1979, który wieńczył dekadę, w której Kościół doświadczył masowych odejść z kapłaństwa – tysiące mężczyzn porzuciło kapłaństwo z powodów zarówno poważnych jak i błahych. Ojciec Święty stwierdził wtedy dosadnie:

Kapłaństwo jest wieczne – tu es sacerdos in aeternum – nie zwraca się raz przyjętego daru. Nie może być tak, że Bóg, który dał impuls, by ktoś powiedział „tak”, teraz chce usłyszeć „nie”.

Porażające słowa dla każdego, kto porzucił kapłaństwo. Być może w przypadku, o którym mówimy Bóg od początku nie chciał usłyszeć „tak”. Może tak być. A jednak, szczerze wypowiedziane „tak” przyniosło owoce. Historia powołań kapłańskich obejmuje te, w których mężczyzna doświadcza, nieraz jako ciężaru, słów Pana Jezusa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale ja Was wybrałem.”

W 1979 roku Jan Paweł II zwrócił szczególną uwagę na osoby odchodzące z kapłaństwa. W swoim pierwszym „liście do kapłanów na Wielki Czwartek”, opublikowanym sześć miesięcy przed przemówieniem w Filadelfii, obszernie poruszył ten temat.

Jeśli chodzi o celibat, czyli to, co najwyraźniej dla ks. Morrisa było kwestią decydującą, Jan Paweł nazwał to „testem i odpowiedzialnością”:

„[Kapłan] decyduje o życiu w celibacie dopiero po tym, jak osiągnie mocne przekonanie, że Chrystus daje mu ten dar dla dobra Kościoła i innych ludzi. Dopiero wtedy zobowiązuje się do bezżennego życia aż do śmierci. Oczywiste jest, że taka decyzja zobowiązuje nie tylko na mocy prawa ustanowionego przez Kościół, ale także na mocy osobistej odpowiedzialności. Chodzi tu o to, aby dotrzymać słowa danego Chrystusowi i Kościołowi. Dotrzymanie słowa jest jednocześnie obowiązkiem i dowodem wewnętrznej dojrzałości kapłana; jest wyrazem jego osobistej godności. Kapłan daje temu dowód, gdy dotrzymuje obietnicy danej Chrystusowi, to jest jeśli trwa w podjętej świadomie i dobrowolnie decyzji o pozostawaniu w celibacie przez całe życie, pomimo że napotyka trudności, poddawany jest próbom, czy narażany na pokusy, czyli doświadcza tych rzeczy, które nie omijają kapłanów, tak jak nie omijają żadnego chrześcijanina”.

Rozważmy to w świetle publicznych wypowiedzi ks. Morrisa. Ktoś otrzymał dar i złożył obietnicę. To, że ktoś zwraca dar i prosi o zwolnienie z obietnicy jest czymś, nad czymś należy zapłakać. Należy żałować, nawet jeśli nie było innego wyjścia. Prawdopodobnie nie tylko ja uważam, że gdyby ks. Morris był od początku faktycznie tym, kim chce być; czyli mężem i ojcem, to nie byłoby mu łatwo zrobić takiej kariery w prasie i telewizji.
Faktem jest, że małżeństwa się rozpadają, i że Kościół wypracował procedury radzenia sobie z tym problemem. Ale czy żonaty mężczyzna kiedykolwiek oświadczy, że jest wolą Bożą, aby zostawił swoją żonę pomimo tego, że ich związek jest (choć nie bez wysiłku) trwały, owocny i służy dzieciom?

Dlaczego więc chętnie opłakujemy rozpad małżeństwa, ale już niechętnie opłakujemy koniec życia kapłańskiego?

W liście z 1979 r. Jan Paweł twierdził, że porzucenie powołania kapłańskiego jest kontrprzykładem dla par małżeńskich, które mają prawo do czerpania wzoru z księży. Ponadnaturalne powołanie daje wsparcie naturalnemu, które jest niełatwe, ale możliwe dzięki łasce Bożej:

„Może nie bez racji będzie dodać w tym miejscu, że wierność małżeńska ze ślubów sakramentalnych, rodzi w swojej dziedzinie analogiczne zobowiązanie, że bywa nieraz terenem podobnych prób doświadczeń dla mężów i żon – i że tak samo w ogniu tych prób sprawdza się wartość ich miłości. Miłość bowiem, we wszystkich wymiarach, jest nie tylko powołaniem, ale i zadaniem. Na koniec muszę zauważyć, że nasi bracia i siostry połączeni węzłem małżeńskim mają prawo oczekiwać od nas, kapłanów i duszpasterzy, dobrego przykładu i świadectwa dozgonnej wierności powołaniu, które my wybieramy przez sakrament święceń, zaś oni przez sakrament małżeństwa.”

Jonathan Morris bez wątpienia czytał ten list i prawdopodobnie doszedł do wniosku, że tak naprawdę nie wybrał powołania kapłańskiego, lecz zostało mu ono narzucone przez manipulację przełożonych i strach przed rozczarowaniem innych. Życie pod podwójnym ciężarem manipulacji i strachu może być przytłaczające, wręcz miażdżące. Radość, o której teraz mówi Morris, wynika po części z tego, że ciężar ten, przynajmniej na razie, został z niego zdjęty.

Ale są też ciężary, często niezasłużone, które towarzyszą każdej drodze życia. Kapłaństwo nie jest tu wyjątkiem, przy czym trzeba pamiętać, że w niesieniu ciężarów pomaga nam Boża łaska. Wiele osób pisze po przeczytaniu informacji o odejściu z kapłaństwa (wkrótce już Pana) Morrisa, że życzy mu jak najlepiej. Racja, bo któż mu życzy źle? Ale ja wolałbym, żeby został.

Ks. Raymond J. de Souza jest kapłanem, ekonomistą i politologiem, felietonistą wielu anglojęzycznych magazynów, redaktorem naczelnym magazynu Convivium oraz proboszczem parafii Najświętszego Serca Maryi na wyspie Wolfe w Ontario w Kanadzie. Jest również kapelanem Duszpasterstwa Katolickiego Newman House na Queen’s University w Kingston, Ontario.

Powyższy tekst jest tłumaczeniem tekstu opublikowanego przez magazyn National Catholic Register pod tytułem „Dlaczego wolałbym, żeby Jonathan Morris pozostał kapłanem.” Tłumaczenie: Marcin M. Rzegocki.

Udostępnij Tweet