Kościół pogrążający się w sentymentalizmie. Wiara i rozum pod naporem bałwochwalczego kultu uczuć – dr Samuel Gregg

Kiedy prowadzę zajęcia na uniwersytecie, na początku semestru przedstawiam studentom jedną zasadę: Mają wolność wyrażania tego, co myślą, ale nie mogą rozpoczynać wypowiedzi od słów „czuję, że…” ani też zadawać pytań zaczynających się od „Czy nie czujesz, że…?”

 

Zazwyczaj, kiedy o tym mówię, na twarzach studentów pojawia się grymas głębokiego zaskoczenia. Wtedy informuję ich, że zupełnie nie obchodzi mnie to, co czują na dany temat. W tym momencie, zaskoczenie studentów jeszcze się pogłębia, ale zanim ktokolwiek zdąży pomyśleć o „pociągnięciu za spust”, mówię: „być może zastanawiają się Państwo, dlaczego nie interesują mnie Państwa odczucia na ten temat. Owszem, chcę wiedzieć, co Państwo myślą, ale nie zebraliśmy się tutaj, by się wzajemnie rozczulać. Jesteśmy tu, by razem krytycznie pomyśleć.”

Zaskoczenie znika z twarzy studentów. Okazuje się, że studenci rozumieją, że racjonalna dyskusja nie może polegać na wymienianiu się odczuciami. W życiu Kościoła jest podobnie, jak na uczelni.

Katolicyzm od zawsze doceniał rozum. Pisząc „rozum”, nie mam na myśli jedynie nauk fizycznych dających nam dostęp do tajemnic świata natury. Mam tu także na myśli rozum stanowiący zdolność do właściwego wykorzystania informacji, podstawowe zasady logiki mówiące, że dwa razy dwa nie równa się pięć, czy też szczególną zdolność do poznania prawdy moralnej oraz rozumowanie, dzięki któremu możemy pojąć i wytłumaczyć Objawienie.

Właściwy dla katolicyzmu nacisk na kwestie rozumu kilkakrotnie popadł w hiperracjonalizm, który, zdaniem Tomasza Morusa i Johna Fishera, charakteryzował teologię scholastyczną podczas dwóch dekad poprzedzających reformację.

Problemem dzisiejszego chrześcijaństwa na Zachodzie nie jest, jednakże, hiperracjonalizm. Doświadczamy wręcz odwrotnej tendencji. Nazwę ją „affectus per solam.

Sformułowanie „wyłącznie przez uczucia” dobrze określa większą część obecnej atmosfery w Kościele na Zachodzie. Określa ono sposób, w jaki pewna część katolików postrzega nie tylko świat, ale także samą wiarę. W centrum tego rozpowszechnionego dziś sentymentalizmu znajduje się wywyższenie silnie odczuwanych emocji i poniżenie rozumu, które w konsekwencji prowadzi do infantylizacji wiary chrześcijańskiej.

Jakie są objawy „affectus per solam”? Jednym z nich jest język, jaki jest używany w głoszeniu i nauczaniu, a który jest bardziej podobny do żargonu terapeutów niż do języka Chrystusa i Apostołów. Słowa takie jak „grzech” zanikają na rzecz słów takich jak „bóle”, „żale”, „godne pożałowana błędy”.

Sentymentalizm daje o sobie znać, za każdym razem, gdy racjonalna obrona katolickiej nauki na temat ludzkiej seksualności bądź bioetyki określana jest jako osądy czy też zachowania wywołujące ból. Wydaje się więc, że prawda nie powinna być wyrażana, nawet w sposób delikatny, gdyż może zranić czyjeś uczucia. Gdyby tak było faktycznie to Jezus winien był się powstrzymać przed wypominaniem Samarytance faktów dotyczących historii jej pożycia małżeńskiego.

„Affectus per solam”, sprawia, że zamykamy oczy na prawdę potwierdzoną słowami samego Chrystusa mówiącą, że istnieje takie miejsce, jak piekło, gdzie udają się ci, którzy zmarli nie pojednawszy się z Bogiem. Sentymentalizm po prostu unika tego tematu. Wiadomo, że piekło nie jest tematem, którego można lekceważyć, ale proszę sobie zadać pytanie: Kiedy ostatni raz na Mszy słyszałem o tym, że każdy hipotetycznie może po śmierci być skazany na wieczne odłączenie od Boga?

Sentymentalizm przede wszystkim objawia się w sposobie, w jaki prezentowana jest Osoba Jezusa Chrystusa. Chrystusa, którego zdecydowane nauczanie szokowało Jego własnych uczniów i który nauczając o miłości zdecydowanie odrzucał przyzwolenie na grzech dziś przedstawia się, jako miłego liberalnego rabina. Taki niegroźny Jezus wybaczy nam wszystko oprócz jednego: tego, że zmienimy nasze życie pod wpływem przyjęcia pełni Prawdy. Będzie On raczej powtarzał wytarte slogany takie jak „każdy ma swoją prawdę”, „rób, tak jak czujesz”, „bądź prawdziwy dla siebie samego”, „zaakceptuj swoją historię”, „kim jestem by oceniać” itp. Takiego Jezusa nie trzeba się bać, bo obiecuje on niebo, czy cokolwiek to jest, każdemu. Tyle, że to nie jest Chrystus, o którym mówi Pismo Święte!

Kard. Joseph Ratzinger pisał w 1991 roku w książce „Patrzeć na Chrystusa” (polskie wyd. 2005 — przyp. tłum.) następujące słowa:

Jezus zgadzający się ze wszystkim i wszystkimi, Jezus pozbawiony Swego świętego gniewu, pozbawiony szorstkości prawdy i prawdziwej miłości nie jest prawdziwym Jezusem, jakim go przedstawia Pismo Święte — lecz jego pożałowania godną karykaturą. Koncepcja „ewangelii”, w której powaga Bożego gniewu jest nieobecna nie ma nic wspólnego z biblijną Ewangelią.

Słowo „powaga” jest tu istotne. Sentymentalizm, którym zaraziła się duża część Kościoła polega na ograniczaniu powagi i jasności chrześcijańskiej wiary. Jest to szczególnie widoczne w kontekście rozważań na temat zbawienia dusz. Bóg, który w pełni objawił się w Chrystusie jest bowiem miłosierny, ale jest także sprawiedliwy i stawia nam jasne wymagania, ponieważ traktuje nas poważnie. Biada nam, jeśli nie odwzajemnimy się tym samym.

Jak to się więc stało, że spora część Kościoła pogrąża się w ruchomych piaskach sentymentalizmu? Fakt ten ma trzy główne przyczyny:

Po pierwsze, cały Zachodni świat pogrąża się w sentymentalizmie. Jak wszyscy, tak i katolicy podatni są na kulturę, w której żyją. Jeśli ktoś potrzebuje dowodów na zachodni „affectus per solam” niech otworzy przeglądarkę internetową. Od razu dostrzeże czystą emocjonalność, jaką nasiąknięta jest popkultura, media, polityka czy uczelnie wyższe. Taki świat definiuje moralność jako zaangażowanie w realizację określonego celu. Dziś liczy się, czy ktoś podchodzi do zadania z pasją (proszę zwrócić uwagę na język) oraz stopień politycznej poprawności realizowanego celu — nie zaś to, czy istnieje racjonalne uzasadnienie podjęcia zadania.

Po drugie, zwróćmy uwagę, jak wielu katolików rozumie dziś wiarę. Jest ona dla nich wyłącznie kwestią uczuć, co oznacza, że znaczenie wiary chrześcijańskiej jest rozpatrywane wyłącznie w kategoriach emocji: jaki ma ona wpływ na mnie, moje samopoczucie i moje problemy. Ale uwaga, uwaga! Moja skromna osoba nie jest centrum zainteresowania chrześcijańskiej wiary.

Katolicyzm, jest bowiem wiarą historyczną, która zachęca nas do podjęcia decyzji o tym, że zaufamy ludziom, którzy złożyli świadectwo o Życiu, Śmieci i Zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, którzy za pośrednictwem spisanych tekstów i niespisanych Tradycji przekazali dalej to, co sami widzieli i którzy — jak wnioskujemy — mówili prawdę o tym, co widzieli: między innymi o cudzie Zmartwychwstania, który dowodzi boskości Chrystusa. Katolicyzm nie postrzega tych faktów jako „historyjki.” Być katolikiem oznacza uznanie, że miały one rzeczywiście miejsce i że Chrystus ustanowił Kościół, do odpowiedzialności którego należy nauczanie o tych Prawdach do końca świata.

Wobec powyższego, w wierze katolickiej nie może chodzić o moją osobę i moje odczucia. Chodzi w niej o Prawdę przez wielkie „P”. Ludzkie spełnienie i zbawienie wymagają zaś ustawicznego decydowania się na życie w zgodzie z tą Prawdą. Nie chodzi w nich natomiast o podporządkowanie Prawdy emocjom. Zresztą, jeśli w katolicyzmie nie chodziłoby o Prawdę, to jaki byłby jego sens?

Po trzecie, wszechobecność sentymentalizmu w Kościele związana jest z wysiłkami na rzecz umniejszenia znaczenia prawa naturalnego podejmowanymi w okresie po Soborze Watykańskim II. Podejście do prawa naturalnego było różne w poszczególnych częściach Kościoła już przed rokiem 1960, ale to właśnie w latach późniejszych nauczanie o prawie naturalnym zostało zepchnięte na drugi plan. Częściowo było to związane z faktem, że prawo naturalne stanowiło element nauczania Humanae Vitae, a wielu teologów uznawało wtedy, że wszystko, co dostarcza Humanae Vitae naukowego wsparcia ma być wypłukane z treści.

Prawo naturalne stało się na nowo przedmiotem zainteresowania w niektórych częściach Kościoła po roku 1980. Niestety, pomimo tego, musimy zapłacić cenę za jego wcześniejszą marginalizację. Cena ta jest następująca: Kiedy raz wyrzuci się rozum na peryferie wiary religijnej, zaczyna się uważać, że wiara jest w pewien sposób niezależna od rozumu, albo też, że wiara jest w sposób inherentny wroga rozumowi, czy też wreszcie, że nasze przekonania religijne nie wymagają wyjaśniania innym. W rezultacie pojawia się problem z racjonalnością wiary. I to jest prosta droga na ruchome piaski sentymentalizmu.

Można wskazywać jeszcze inne przyczyny pociągu do sentymentalizmu: usunięcie logiki z programów nauczania, nadmierne umiłowanie (złej) psychologii i (złej) socjologii wśród wielu księży formowanych w latach siedemdziesiątych, tendencja do postrzegania działania Ducha Świętego jako czegoś, co może stać w sprzeczności z nauczaniem Chrystusa, lukrowane, utrzymane w disnejowskim stylu liturgie, w których punktem centralnym jest człowiek itp. Lista jest długa.

Rozwiązaniem nie jest umniejszenie znaczenia uczuć takich jak miłość, radość, złość czy lęk u ludzi. Nie jesteśmy robotami. Emocje stanowią centralny element naszej natury. Uczucia człowieka winny być włączone w równanie składające się z chrześcijańskiej wiary, ludzkiego rozumu, ludzkich działań oraz rozkwitu człowieka, czyli w coś, czego w przeszłości podejmowały się bardzo umiejętnie takie osobowości jak Akwinata, a obecnie tacy myśliciele, jak śp. o. Servais Pinckaers. A następnie pozostaje nam przeżyć nasze życie zgodnie z tym równaniem.

Ucieczka od „affectus per solam” nie będzie łatwa. Jest to, wszakże, składnik powietrza, jakim oddychamy na Zachodzie. Tym bardziej, że niektórzy ludzie Kościoła odpowiedzialni za formację ludzką w wierze katolickiej zdają się być dziś pod wpływem sentymentalizmu. Ale, dopóki nie nazwiemy po imieniu i nie stawimy czoła tej nieokiełznanej emocjonalności, która dziś kompromituje Prawdę, o której świadczy Kościół, ryzykujemy, że w niedalekiej przyszłości na własne życzenie zmienimy się w jedną z wielu organizacji pozarządowych.

Czyli w coś bez większego znaczenia.

***

Dr Samuel Gregg – Dyrektor Naukowy Instytutu Actona (USA), pisze i prowadzi wykłady na tematy związane z ekonomią polityczną, historią ekonomiczną, etyką w finansach i teorią prawa naturalnego. Jest autorem wielu książek, w tym Becoming Europe (2013) czy For God and Profit: How Banking and Finance Can Serve the Common Good (2016).

Tłumaczenie: Marcin M. Rzegocki. Artykuł ukazał się w oryginale na stronie:
https://www.catholicworldreport.com/2018/10/29/a-church-drowning-in-sentimentalism/
Tłumaczenie i przedruk za zgodą Autora.

 

Udostępnij Tweet