Piękno ciszy wobec zgiełku kontrastów – kl. Jakub Tokarz

Żyjemy w ciekawych czasach! Kiedy brak kanonów sam staje się kanonem, a mocno zindywidualizowane trendy opanowują szerokie kręgi społeczne w bardzo wielu dziedzinach, na skutek nieograniczonego dostępu do mass mediów i wirtualnych relacji. Wydaje się, że czas jakby przyspieszył, wszystko załatwia się w biegu, a w przejściu z jednego peronu na drugi trzeba oprócz ruchomego pasa posłużyć się własnymi nogami, by jeszcze szybciej pokonać i tak już mocno zniwelowany dystans. Człowiek współczesny szczyci się każdą formą indywidualizmu, wyjątkowości, oryginalności, co jak się okazuje jest dowodem na to, że ten świat pod powierzchnią kolorowej mozaiki jest dość szary, i że być może wieki średnie – przy tym co mamy dziś – można nazwać wesołym miasteczkiem.

 

Człowiek biegnący po ruchomych schodach już nie dziwi, podobnie jak nie dziwi futurystyczna bryła grafitowego budynku doklejona do secesyjnej kamienicy, jak nie dziwi stary telewizor czy lodówka zostawiona w środku lasu, jak nie dziwi luksusowa bieda żebrzących, którzy pracują na zmiany (mam tu na myśli fałszywe ubóstwo). Kontrasty, które nas raczej nie zaskakują i raczej nie przeszkadzają, tak jak nie przeszkadza hałas ulicy, jak nie przeszkadza wandalizm uliczny i zwykłe chamstwo, ostentacyjne, głośne dyskusje w autobusie „najmędrszych” wśród mądrych itp.  W każdym razie nie mamy nawet czasu o tym za wiele myśleć, bo w zasadzie architektury miasta nie zmienimy, a chamstwo i głupota są tak stare jak cywilizacja, po co więc sobie tym głowę zawracać…

A jednak trzeba temu postawić opór, wysilić się i zdobyć na zadziwienie pięknem, na szukanie ciszy, na zachwyt nad przyrodą z całą jej złożonością i zachwyt nad człowiekiem otwartym na rzeczywistość transcendentną.

Powróćmy na chwilę do średniowiecznego wesołego miasteczka. Swego czasu papież Benedykt XVI wspominał o rozmowie, do której doszło między nim, a jego przyjaciółmi, w której podjęto problem współczesnej powszechności narkotyków. Na pytanie o nieobecność narkomanii w kulturze średniowiecza, zawsze przenikliwy Ratzinger nie zadowolił się prostą odpowiedzią, że uprawy roślin narkotycznych były daleko. Przyszły papież szedł głębiej, stawiając tezę o braku tak wielkiej duchowej pustki u średniowiecznych, którą dzisiaj próbuje się wypełnić, szukając do tego środków między innymi w różnego rodzaju substancjach odurzających. Oczywiście ten przykład można dziś przełożyć na całe spektrum różnych form zaspokajania wewnętrznej tęsknoty duszy ludzkiej, która tak w średniowieczu jak i dzisiaj pozostaje tą samą. Człowiek średniowieczny znajdował na nią odpowiedź, dlatego narkotyk był czymś nieprzydatnym. Łatwiej nad tym co trudne i wymagające przejść do porządku dziennego, przemilczawszy to, przymykając na to oko. Czymś takim jest ta przestrzeń ludzkiego serca, która domaga się odpowiedzi. Próbujemy odsunąć od siebie myśl o potrzebie wejścia w nią, o potrzebie zmierzenia się z jej ciszą i pustką, dlatego tak bardzo boli nas cisza i pustka na zewnątrz i tak panicznie szukamy jej wypełnienia.

Jest wieczór. Ciemno. Słuchawki aplikują uszom przyjemne dźwięki, ekrany telefonów oświetlają niebieskawym światłem twarze pasażerów komunikacji miejskiej. Od czasu do czasu ktoś podniesie głowę, by sprawdzić przystanek, po czym schyla ją i zmusza swój kciuk do wytężonej pracy na rzecz świata, który zamknięty za dotykowym ekranem staje się „drugim wymiarem” życia człowieka, jakby światem równoległym, który kreuje się, dając upust wspomnianej na początku potrzebie indywidualizmu. Strumień obrazów, słów, rozmaitych dźwięków staje się powoli naturalnym środowiskiem, które określa ludzkie życie i wypełnia niewygodną ciszę, jednak ona paradoksalnie daje o sobie znać jeszcze mocniej.

„Każde życie można przeżywać głębiej. Ten potencjał zatraca się jednak, kiedy dni zaczynają być tak przeładowane informacjami i zadaniami, że naszym prawdziwym zajęciem staje się samo w sobie bycie zajętym”  (K. Pałys OP).

Polski trapista ojciec Michał Zioło OCSO, zapytany o rozwój życia monastycznego, twierdzi, że dziś zaczyna się ono rozwijać między innymi w krajach bardzo bogatych. Dzieje się tak ponieważ ich obywatele są już „przejedzeni”. To „przejedzenie” jest, jak sądzę, pewnym punktem granicznym, do którego dochodzi człowiek zmęczony ciągłym uderzaniem głową w mur tego, co miało mu dać szczęście i miało być odpowiedzią na jego potrzeby. Stając w tym punkcie, zaczyna sobie uświadamiać swoją dotychczasową niewrażliwość wywołaną fatalnym oddziaływaniem wysublimowanych środków znieczulających, których autorem jest nie kto inny, jak władca tego świata. Ten, gdyby mógł, poddałby swojej „terapii” wszystkich, bez wyjątku. Kluczowe jest w tym miejscu zdanie sobie sprawy ze swojego położenia i podjęcie radykalnej drogi wyzwolenia z tego pędu. Skuteczne remedium stanowi oczywiście Osoba Tego, który ma moc nad władcą tego świata – Jezusa, Wcielonego Słowa, który nie proponuje półśrodków i wątpliwej skuteczności „technik terapeutycznych”, ale zamiast tego wzywa do modlitwy w ukryciu, za zamkniętymi drzwiami własnej izdebki.

„Nam, często troszczącym się o skuteczność naszych działań i o konkretne rezultaty, jakie osiągamy, modlitwa Jezusa wskazuje, że musimy się zatrzymać, mieć w życiu chwile zażyłości z Bogiem, w oderwaniu od codziennego zgiełku, by słuchać, by sięgać do korzenia, który podtrzymuje i podsyca życie” (Benedykt XVI, katecheza z 7 marca 2012).

Niewygodne na początku szukanie ciszy, staje się potrzebą serca, gdy człowiek skierowany ku Bogu, przekona się, że tylko w takich warunkach Słowo może zostać przyjęte i może wzrastać, wypełniając tym samym tę tęsknotę duszy, która go tak uwiera, i której nie zaspokoi nic poza Nim. Słusznie zauważa św. Augustyn, mówiąc Verbo crescente, verba deficiunt – „Kiedy wzrasta Słowo Boże, ludzkie słowa zanikają” (por. Sermo 288, 5: PL38, 1307; Sermo 120, 2: PL 38, 677), człowiek w końcu musi zamilknąć wobec wielkości Bożej myśli. Wtedy cisza staje się naturalnym środowiskiem życia i niejako organicznie usposabia człowieka do modlitwy, wytwarzając przestrzeń do ciągłego kontemplowania Boga w duszy. Na to, że nie jest możliwe przyswajanie Słowa bez ciszy zwraca uwagę ojciec święty Benedykt XVI, wskazując na wielką tradycję patrystyczną, która „poucza nas, że tajemnice Chrystusa wiążą się z milczeniem i tylko w ciszy Słowo może w nas zagościć, jak w przypadku Maryi, niewiasty, w której Słowo było nieodłącznie związane z milczeniem.”

Ze zgiełkiem oswajamy się niestety stosunkowo łatwo, choćby ze względu na podejmowaną przez złego walkę, by zająć w nas to miejsce tęsknoty, by nie pozwolić Słowu wzrastać. On jednak podejmuje także próby znieczulenia wpisanego w ludzką naturę odruchu zachwytu nad pięknem.

W człowieku, który jako dzieło Pięknego Boga jest piękny, bo jest „na obraz Boży” dokonuje się proces asymilacji tajemnicy Bożej obecności w stworzeniu, w którym z jego wielkości i piękna poznaje on przez podobieństwo Stwórcę (Mdr 13, 5). Dlatego potrzeba kontaktu z pięknem jest w człowieku tak cenna, zwłaszcza w perspektywie życia wiecznego. Bardzo trafna wydaje mi się tutaj myśl Hansa Ursa von Balthasara, dla którego „każde doświadczenie piękna wskazuje na wieczność.” Ono tworzy swego rodzaju klimat dla rozwoju pięknej relacji ze Stwórcą, jest dla niej swoistym katalizatorem. Tę intuicję mieli wielcy twórcy minionych epok, którzy ze sztuki uczynili nieodłączny element pobożności tak prostych ludzi, jak i kościelnych dostojników, nadając miejscom modlitwy niepowtarzalny charakter, który do dziś inspiruje. Ta sama intuicja towarzyszyła i towarzyszy wspólnotom monastycznym, które od wieków wybierają na miejsca fundacji tereny, w których piękno świata stworzonego i oddalenie od zgiełku codzienności zapewnia optymalne warunki dla rozwoju życia kontemplacyjnego, bo jak mówił papież Benedykt „cisza panująca w środowisku naturalnym jest warunkiem najbardziej sprzyjającym skupieniu, słuchaniu Boga, medytacji.” Połączenie ciszy i piękna stanowi najlepsze odzwierciedlenie tej harmonii duchowej, za którą tęskni ludzka dusza.

„Samo stworzenie jest milczącym słowem Boga. Piękno przyrody bez słowa roztacza przed naszymi oczami nieprzebrane bogactwa Ojca, który nieustannie jest obecny wśród ludzi. Boskie słowo nie jest słyszalne dla nazbyt ludzkich uszu; a przecież jest najgłębsze ze wszystkich słów. Słońce, księżyc i gwiazdy są całkowicie milczące dla naszych uszu, ale są istotnym słowem i istotnym przesłaniem dla naszej ziemskiej egzystencji”  (Kard. R. Sarah, Moc milczenia).

Wobec powyższego trzeba nam odnajdywać w sobie pragnienie tej harmonii, pragnienie Boga, który mówi przez piękno ciszy, inaczej grozi nam zakrzyczany aktywizm, którego efektem jest jedynie rozproszenie i zatrzymanie się na powierzchni pozornie kolorowej mozaiki współczesnej cywilizacji. Wszak, jak czytamy u św. Ignacego z Antiochii: „lepiej jest milczeć i być, niż mówić i nie być.”

Jakub Tokarz – alumn II roku Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie.

 

Udostępnij Tweet