Przekaz wiary w sekularyzującym się społeczeństwie – ks. Andrzej Michalik

„W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba” (Łk 24,33-35).
Dobry początek, to początek od słowa Bożego. Sięgamy w kontekście naszego tematu po dwa teksty. Pierwszy jest konkluzją opowiadania o dwóch uczniach idących w pierwszy dzień tygodnia do Emaus. Doświadczenie spotkania z Jezusem Zmartwychwstałym sprawia, że natychmiast powracają do Jerozolimy, by podzielić się swoim przeżyciem, a tam spotykają Jedenastu, którzy dzielą się z nimi podobnym doświadczeniem.

 

Drugi tekst mówi o posłaniu Apostołów na cały świat. Jezus „rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelią wszelkiemu stworzeniu (…). Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły” (Mk 16,15.20). Oni, wypełniając ten nakaz – idą ale nie są sami.  Pan współdziała z nimi. Obydwa teksty wprowadzają nas w nasz temat. Pozwalają uświadomić sobie przede wszystkim, że w przekazie wiary współdziała Bóg i człowiek. Człowiek stwarza klimat, daje świadectwo swego doświadczenia, ale by wzbudzić wiarę, potrzebna jest łaska Tego, który współdziała – łaska Pana. Mamy mówić o przekazie wiary w [kontekście – przyp. red.] encykliki papieża Franciszka Lumen fidei (29 czerwca 2013 r.). Trzeci rozdział tej encykliki poświęcony jest właśnie przekazowi wiary: „Przekazuję wam to, co przejąłem (por. 1 Kor 15,13)”. Pojawia się więc pokusa, aby cały wykład poświęcić omówieniu tego rozdziału. Myślę, że jednak lekturę tego dokumentu mamy za sobą.

Przypomnę tylko, że Ojciec Święty Franciszek zwraca tam uwagę na to, iż wiarę przekazuje się we wspólnocie Kościoła, a pierwszorzędną rolę w tym przekazie odgrywają „sakramenty, sprawowane w liturgii Kościoła”, modlitwa i Dekalog.

Nasz temat postaram się zaprezentować według następującego planu:
1. Wyjaśnienie tematu;
2. Czy katecheza potrafi przekazać wiarę? Czy katecheza przekazuje wiarę?;
3. Zasadniczy przekaz wiary dokonuje się w rodzinie;
4. Próba przełożenia tej tezy na nasze duszpasterstwo;
5. Przekaz wiary ochrzczonym, gdy rodzina zawodzi;
6. Kilka konkretnych propozycji „na dziś”.

  1. Wyjaśnienie tematu

Najpierw musimy postawić pytania odnośnie do pojęć pojawiających się w temacie. A więc: Co to jest wiara? Co rozumiem przez „sekularyzujące się społeczeństwo”? Co to znaczy „przekazać wiarę”?

Co to jest więc wiara? Przypomnijmy to, co dobrze wiemy: Wiara to moje osobiste przekonanie o tym, że Bóg istnieje, ale także przyjęcie za prawdę pewnych prawd, które Kościół podaje do wierzenia. I wreszcie wiara to zaufanie Bogu, poleganie na Nim, powierzenie się Bogu, zdanie się na Boga w swoim życiu. Krótko mówiąc, wiara jest żywą życiową relacją z Bogiem.

Co rozumiem z kolei przez „sekularyzujące się społeczeństwo”? Ogólnie rzecz ujmując, to społeczeństwo, w którym żyjemy i pracujemy. Czyli społeczeństwo, w którym coraz mniej ochrzczonych praktykuje, w którym coraz mniej ochrzczonych podejmując decyzje i wybory uwzględnia czynnik religijny: Czego Pan Bóg chce ode mnie? Co zrobiłby na moim miejscu Pan Jezus? Krótko mówiąc: to społeczeństwo, w którym żyje się na co dzień – nawet, gdy co niedzielę „idzie się do kościoła” – „tak, jakby Bóg nie istniał”. Bóg jest wyłączony poza nawias życia. Przykładów wcale daleko nie trzeba szukać.

I wreszcie: Co to znaczy „przekazać wiarę”? W sensie ścisłym nic można nikomu przekazać wiary, ponieważ Tym, kto wzbudza wiarę, kto daje łaskę wiary, jest Duch Święty. My możemy dać świadectwo wiary, podzielić się doświadczeniem wiary, stworzyć klimat możliwego spotkania Boga z człowiekiem. Przekaz wiary – jak choćby w zacytowanym na wstępie opisie przeżycia Jedenastu i przeżycia uczniów idących do Emaus – to raczej dzielenie się doświadczeniem wiary. Tym, kto wzbudza wiarę, kto daje łaskę wiary, jest Duch Święty. My swoim świadectwem przygotowujemy to spotkanie. Tworzymy kontekst i klimat. Ale to nie my przekazujemy wiarę. Jednak będziemy się posługiwać tym określeniem, rozumiejąc je w szerszym znaczeniu. Tak więc „przekazywaniem wiary” będziemy nazywać wszystko, co służy wzbudzaniu wiary.

Z określenia wiary wynika, że przekaz wiary dokonuje się na poziomic intelektualnym – jest to zapis na poziomie umysłu oraz przez wprowadzenie w doświadczenie – jest to zapis na poziomie serca. Św. Augustyn napisał, że „wiara, to dotykanie sercem”. Na poziomie przekazu intelektualnego jesteśmy dość dobrzy, przynajmniej od strony organizacji tego przekazu, bo z efektami jest różnie, by nie powiedzieć wręcz katastrofalnie. Jeśli chodzi o zapis na poziomie serca mamy duży problem. Bo ludzie coś wiedzą o Bogu, ale Go nie doświadczyli, nie spotkali, nie otrzymali świadectwa innych.

Jeśli więc wiara to przyjęcie za prawdę tego, co Bóg objawił a Kościół do wierzenia podaje, to rzeczywiście wystarczy nauczanie. Ale jeśli wiara to nie tylko „przyjęcie za prawdę”, ale przede wszystkim zaufanie Bogu, powierzenie się Mu, kierowanie się w życiu Jego słowem, to nie do przecenienia jest w przekazie wiary naśladowanie i uczestnictwo. Nasz problem ilustruje dobrze świadectwo zaledwie sprzed kilku tygodni. „Małą Madzię wychowywały mama i babcia. Ale główny wpływ na to, co działo się w domu, miała mama. Była ona niezwykle ciepła, wrażliwa, lubiana, choć deklarowała, że jest ateistką – dodaje. Mimo że nie chodziła do kościoła i chyba nigdy się nie modliła, posłała córkę do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne. Tam Madzia nauczyła się modlić. Potem była Pierwsza Komunia i bierzmowanie. – Dzięki temu, że mama systematycznie sprawdzała moją wiedzę z religii, byłam jedną z najlepiej przygotowanych uczennic. Tyle, że była to nauka bez wiary. Przez takie podejście w V lub VI klasie odmówiłam uczęszczania na lekcje religii. Mama jednak na to nie pozwoliła. (…) Po bierzmowaniu przestałam chodzić na religię i na Msze św. do kościoła” – wspomina p. Magdalena Urbańska.

Podczas przygotowań do pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski nastąpił przełom. „Wtedy coś we mnie drgnęło. Bardzo pragnęłam tam pójść, ale jednocześnie nie chciałam iść jak do teatru – popatrzeć na człowieka, którego bardzo pragnęłam nie tylko zobaczyć, ale i poznać. I już wiedziałam, że jedyna droga prowadzi poprzez sakramenty pojednania i Eucharystii. Do dziś pamiętam, jak zaświeciło słońce w momencie, gdy kapłan podawał mi Pana Jezusa tuż po spowiedzi, w pustym kościele. Były tam tylko moje koleżanki, które przed Najświętszym Sakramentem modliły się za mnie. To było ich świadectwo wiary, które mnie doprowadziło do Boga”. Widzimy więc, że może być wiedza z religii, nawet najlepsza w klasie, bez wiary. Ale do przejścia do wiary konieczne było świadectwo wspólnoty.

  1. Czy katecheza potrafi przekazać wiarę? Czy katecheza przekazuje wiarę?

Według ks. Franciszka Blachnickiego podstawowy problem katechezy – nauki religii dziś to indoktrynacja zamiast inicjacji. Ten Sługa Boży pisał: „Istniejący system katechizacji dzieci i młodzieży pojętej na sposób szkolny, intelektualistyczny, jako nauczanie religii, nie potrafi w tej sytuacji spełnić zadań katechumenatu, nie jest, ogólnie biorąc, systemem wychowawczym, który wdraża do życia chrześcijańskiego we wspólnocie Kościoła. Z dawnej katechumenackiej inicjacji pozostała tylko indoktrynacja. Z wdrażania do życia chrześcijańskiego, do communio pozostało wdrażanie do widzianych w oderwaniu, w perspektywie indywidualistycznej, praktyk religijnych i moralnych (zachowanie przykazań)”.

W parze z tym problemem idzie nieproporcjonalne zaangażowanie sił w stosunku do potrzeb. Nasz ogromny wysiłek katechetyczny jest podobny do budowania ogromnych zapór, tam i wałów wokół małych strumyczków, które gdzieś tam się sączą. Tymczasem to budowanie w żaden sposób nie jest zdolne do zahamowania i przeciwstawienia się falom sekularyzacji, ponieważ rzeka sekularyzacji płynie przez świat dorosłych! Przez małżeństwa i rodziny! Dlatego tu potrzebna jest koncentracja naszych wysiłków.

Cały akcent w nauczaniu religii w szkole położony jest na przekaz wiadomości. Ale czy wyuczenie „katechizmu pamięciowego” jest przekazem wiary? Przecież przekaz wiary – jak już zauważyliśmy – to coś zdecydowanie więcej niż wyuczenie i odpytanie dzieci tego wszystkiego, co nazywamy „katechizmem pamięciowym”. Bo przekaz wiary to uczenie patrzenia na świat i na wszystko, co nas spotyka, przez pryzmat zaufania i powierzenia się Bogu, czyli wprowadzenie w życie wiarą. Ks. F. Blachnicki nazywa to wprowadzenie neokatechumenatem, czyli inicjacją chrześcijańską.

Na marginesie tego uczenia „na pamięć” nasuwa się pewna refleksja do przemyślenia. Owszem, trzeba uczyć pewnych rzeczy „na pamięć”. Ale dlaczego nie uczyć na pamięć cytatów biblijnych – słów Pana Jezusa, słów św. Pawła, fragmentów Psalmów itp.?! One bardziej się przydadzą w różnych, zwłaszcza ciężkich chwilach życia niż tzw. „katechizm pamięciowy”. Czy przypomnienie sobie sześciu prawd wiary lub siedmiu grzechów głównych pomoże przetrwać trudne chwile lub jakiś egzystencjalny kryzys tak, jak to może uczynić chociażby werset z Psalmu 23: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego … Chociażbym chodził ciemną doliną zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,1.4); albo poruszająca zachęta Pana Jezusa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11,28)? Uwierzmy w zbawiającą moc słowa Bożego!

Rysuje się więc przed nami obraz niezbyt ciekawy. Ale – paradoksalnie – trudna sytuacja, w której ewangelizujemy, katechizujemy i duszpasterzujemy, jest szansą Kościoła, jeśli damy młodym nie ogrom informacji, lecz klucz do życia! Przekonywał o tym ks. bp Edward Dajczak podczas spotkania na temat nowej ewangelizacji z księżmi z archidiecezji łódzkiej. Ta trudna sytuacja – paradoksalnie – może być wielką szansą Kościoła – twierdzi Biskup. Przychodzą do nas na katechezę ludzie bez doświadczenia wiary, bo nie dostali jej nigdzie w rodzinie. Informacja religijna ginie w gąszczu informacji. Młody nie radzi sobie z tym kompletnie. On ma zupełnie inny problem w życiu: znaleźć klucz do tego wszystkiego! Szuka grupy i szuka klucza do życia. A w Kościele mamy jedno i drugie! I to jest nasza szansa. Przygotowanie do przyjęcia sakramentów nie jest okazją do walki. Trzeba pokazać, że stoimy po ich stronie, bądźmy ich przyjaciółmi, stwórzmy klimat, w którym poczują się akceptowani ze swoją słabością. Podprowadźmy ich do Jezusa. Zaprowadźmy na modlitwę. Skorzystajmy z pomocy nieco starszych świeckich animatorów, którzy powiedzą im jak wierzą. A ponadto, wprowadzajmy ich w tajemnicę naszej relacji z Ojcem. Trzeba stanąć i powiedzieć, jak się modlę. Wtedy zaczyna się coś nowego. A w wywiadzie udzielonym „Gościowi Niedzielnemu” (każdemu księdzu polecam jako lekturę obowiązkową) bp E. Dajczak podzielił się doświadczeniem z własnej diecezji: Przygotowując do bierzmowania w małych grupach „robimy wszystko, by jak najwięcej młodych ludzi przeszło przez doświadczenie żywej wiary, odeszło od nauki na pamięć katechizmowych formułek, a przeszło przez doświadczenie katechumenalne. To istota naszego działania!” I dodał: „Młodzi garną się do wspólnot, do szczerej modlitwy. Dlatego co drugie spotkanie z kandydatami do bierzmowania jest spotkaniem modlitewnym, uwielbieniowym. Przygotowują je wspólnoty. Świeccy dzielą się w małych grupach swym doświadczeniem wiary. Mówią o wierze, dzielą się swym doświadczeniem wiary. Mówią o wierze, odpowiadają na pytania, starają się wyjaśniać wątpliwości. Okazuje się, że niezwykły owoc przynoszą trzydniowe rekolekcje. Od piątku do niedzielnego obiadu. Prowadzone są językiem młodych. Jesteśmy zdumieni tym, co Bóg jest w stanie zrobić w taki jeden weekend. Często po tych rekolekcjach młodzi tworzą w parafiach grupy modlitewne. Dlatego ważne jest to, by na rekolekcje jechał również ksiądz z parafii. Oni nie powinni z takim doświadczeniem Boga pozostać w próżni. Powinni w swojej parafii odnaleźć dla siebie możliwość kontynuacji tego doświadczenia we wspólnotach”. Tego naprawdę nie trzeba komentować.

„Księża opowiadają – mówi dalej bp Dajczak – że gdy w czasie tych weekendów jest wystawienie Najświętszego Sakramentu, młodzi potrafią klęczeć w kaplicy do północy. Pan Bóg, który był dla nich dotąd jedynie kolejnym pojęciem, staje się żywą Osobą. Nie meblujmy im więcej głowy! Oni są bombardowani pojęciami, informacjami. Mają ich dość! Muszą doświadczyć żywej obecności! Często powtarzamy, że młodzi nie szukają Boga. Nieprawda! To my nie potrafimy im Go pokazać”. Na katechezie-lekcji religii przekazujemy wiedzę, uczymy pewnych umiejętności, wypracowujemy kompetencje personalne i społeczne. To takie akademickie przypomnienie dotyczące wszystkich stopni i rodzajów kształcenia. To wszystko, to elementy przekazu wiary.

Chciałbym w tym miejscu przypomnieć diecezjalny modlitewnik Błogosławieni…, który powstał jako księga modlitw, ale powstał on także z myślą o towarzyszeniu w formacji wiernych na różnych etapach ich życia. Każdy okres w życiu wiary ma swoje pytania i problemy, najczęściej inspirowane wydarzeniami egzystencjalnymi. W modlitewniku tym znajdziemy specjalne modlitwy dostosowane do wieku. W Modlitewniku dla dzieci mamy specjalne modlitwy dostosowane do problemów (często dramatycznych) i wydarzeń, jakie dzieci przeżywają. Mamy rachunek sumienia dla dzieci młodszych i starszych (V i VI klasa). A w Modlitewniku dla młodzieży liturgię godzin (jutrznia i nieszpory pierwszego tygodnia), wprowadzenie do lectio divina i medytacji, wprowadzenie do pracy nad sobą sposoby dążenia do doskonałości. I szereg innych modlitw dostosowanych do wieku oraz pytań młodych. Dlaczego z tych „narzędzi” nie korzystać na katechezie, wprowadzając dzieci i młodzież w pewne umiejętności? Wprowadzając chociażby w całe bogactwo modlitwy chrześcijańskiej. Te modlitewniki są naprawdę zaplanowane jako pomoc formacyjna na określonym etapie życia i na przykład Modlitewnik dla młodzieży nie może być wręczany miesiąc przez bierzmowaniem jako „pamiątka bierzmowania”, lecz powinien towarzyszyć młodemu człowiekowi od pierwszej klasy gimnazjum (dopóki przygotowanie do bierzmowania ma charakter „klasowy”, co jest nota bene osobnym i palącym problemem). Korzystanie z tego „narzędzia” byłoby właśnie przekazywaniem pewnych umiejętności i kształtowaniem postaw. To samo dotyczy Modlitewnika dla dorosłych i Modlitewnika dla starszych.

  1. Zasadniczy przekaz wiary dokonuje się w rodzinie

Dziecko uczy się postaw religijno-moralnych przez naśladowanie i uczestnictwo. Swego czasu nieznany mi z imienia i nazwiska ksiądz proboszcz z Chorzowa podzielił się w czasie rekolekcji kapłańskich (Zembrzyce, 24-27 września 2012 r.) następującym doświadczeniem. Ponieważ Ojciec Święty Benedykt XVI zapowiedział już Rok Wiary, podczas kolędy pytał przedstawicieli kolejnych pokoleń: Kto przekazał im wiarę? Kto ich nauczył modlitwy? Dziadkowie mówił, o swoich rodzicach (pradziadkach) którzy razem z nimi klękali do modlitwy, razem szli do kościoła razem spędzali święta itp. Rodzice to samo mówili o dziadkach. Ojciec po pracy w kopalni wieczorem zdejmował ze ściany różaniec, klękał przy łóżku razem ze swoją rodziną i była wspólna modlitwa. Gdy zapytał o to samo najmłodszych, młodzież i dzieci, zapadła cisza…

Wiemy dobrze, że my mówimy, przypominamy, zachęcamy, a rodzice dają świadectwo życia wiarą. I swoim świadectwem wspierają nasze słowo, albo antyświadectwem je osłabiają, czy wręcz go usuwają z duszy. „Istota rzeczy leży w tym, żeby było środowisko wiary. W rodzinie jest ono czymś naturalnym, jest pewną atmosferą stylem życia, sposobem wybierania wartości” – pisze ks. F. Blachnicki. „Dziecko po prostu uczestniczy w sposobie postępowania, wartościowania, praktykowania dorosłych z najbliższego otoczenia, zwłaszcza tych, z którymi jest związane więzami miłości i sympatii. Jeżeli dziecko ma rodziców, którzy klękają do modlitwy, którzy mówią o Panu Bogu jako o Kimś naprawdę żywym, z kim trzeba się liczyć w swoim postępowaniu, którzy poważnie traktują nakazy etyczne, przykazania, którzy nie kłamią, nie obmawiają innych ludzi, to wówczas dziecko naturalnie wrasta w te postawy, w taki sposób myślenia, oceniania sytuacji, działania, bez jakiegoś wysiłku”.

Może zastanawiać fakt, że gdy Jan Paweł II lub Benedykt XVI czy Franciszek mówią o swojej wierze, to nie mówią o nauce religii w szkole, lecz o domu rodzinnym, o rodzicach i o liturgii! I każdy z nas mógłby do tego świadectwa dołączyć swoje osobiste doświadczenie. Wspomnijmy chociażby jeden przykład „z naszego podwórka”. Bp Andrzej w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” w rocznicę objęcia diecezji i w wywiadzie dla kleryków mówił również o swojej rodzinie jako środowisku, w którym dokonał się w jego życiu zasadniczy przekaz wiary.

Przyszedł więc czas na pytania praktyczne: Co z tego wynika? Co z tego wynika dla duszpasterstwa? To taki moment w naszych rozważaniach, w których moglibyśmy sobie z satysfakcją powiedzieć, że wiemy już gdzie leży problem. Musimy więc bardziej zaapelować do rodziców, do ich odpowiedzialności itp. Może powiedzieć jeszcze na ten temat kazanie. Może wracać do tego… Ale nie tędy droga! Wiemy dobrze, że to od naszego zaangażowania zależy czy rodzina będzie miejscem przekazywania wiary. Potrzebne są także – jak sądzę – pewne decyzje strategiczne. „Przyszłość Kościoła zależy od odnowy rodziny, rodziny jako środowiska wiary, jako katechumenatu. W tym kierunku powinno rozpocząć się jakieś działanie”. A to oznacza, że powinno się dokonać – jak na wielkim polu bitwy – przegrupowanie oddziałów i skoncentrowanie sił na zupełnie innych odcinkach walki.

Stawiam więc tezę: W centrum duszpasterstwa, tym, co powinno pochłaniać najwięcej naszych sił i energii powinno być duszpasterstwo małżeństw i rodzin (a nie katechizacja dzieci i młodzieży). Właśnie na duszpasterstwo małżeństw i rodzin zwracał uwagę papież Franciszek podczas wywiadu, którego udzielił w drodze powrotnej ze Światowych Dni Młodzieży i jak wiemy taki właśnie temat wybrał na synod biskupów. Warto jeszcze w tym miejscu zwrócić uwagę, że Franciszek rozróżnia duszpasterstwo małżeństw i duszpasterstwo rodzin.

  1. Próba przełożenia tej tezy na nasze duszpasterstwo

Jedno z najciekawszych dla mnie pytań z ankiety, którą wypełnialiśmy na prośbę naszego Biskupa, było pytanie nr 2 z działu „Katechizacja”. Przyznam, że przyjąłem je z radością jako być może zwiastun zamian. Przypomnę to pytanie: „Czy byłby Ksiądz skłonny zrezygnować z części godzin szkolnych na rzecz większego zaangażowania w katechezę parafialną?” I możliwe odpowiedzi: „tak, z 1/2 etatu”, „tak, z 1/4 etatu”, „tak, w zależności od potrzeby” „nie, nie ma takiej opcji”. Nie znam wyników tej konsultacji, ale to pytanie wpisuje się w pewne wydarzenie, które miało miejsce przypuszczalnie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Krościenku. Ks. F. Blachnicki tak je wspominał: Kiedyś w Krościenku dyskutowaliśmy o kryzysie wiary, o mnożeniu godzin katechezy „w grupie księży razem z Biskupem Plutą z Gorzowa Wielkopolskiego. Biskup powiedział, że kiedyś zredukował o połowę liczbę godzin katechezy jednemu ze swoich księży. Ale pod warunkiem, że codziennie jedną godzinę (z tych zredukowanych) miał dłużej spać, cztery godziny w tygodniu poświęcić na pracę z rodzinami, resztę godzin na osobistą modlitwę i studium Pisma Świętego”. Podkreślmy: po pierwsze codziennie jedną godzinę (z tych zredukowanych) dłużej spać, po drugie cztery godziny w tygodniu poświęcić na pracę z rodzinami, a po trzecie resztę godzin przeznaczyć na osobistą modlitwę i studium Pisma Świętego. Niezła rewolucja! „A gdyby tak ten schemat – kontynuuje ks. F. Blachnicki – zastosować do wszystkich księży w całej Polsce? Byłaby rewolucja. Gdyby się to udało, wynikiem byłaby odnowa Kościoła”.

I tutaj taka trochę „na marginesie”, ale pozostająca w nurcie naszych rozważań, refleksja. A może by tak właśnie te „cztery godziny bpa Pluty” zagospodarować w każdym tygodniu w następujący sposób: Mamy raz w roku –  jesteśmy mistrzami jednorazowych akcji, a najgorsze jest to, że w zasadzie całe duszpasterstwo małżeństw i rodzin sprowadza się do tego jednego dnia w roku! Mamy więc raz w roku wspólnotowy jubileusz małżeństw w dniu święta Świętej Rodziny. Wysyłamy imiennie zaproszenie na tę uroczystość do małżonków z różnym „okrągłym” stażem małżeńskim. A może zaprośmy ich już – w odpowiednio wiekowo sprofilowanych grupach – na spotkanie we wrześniu? I kontynuujmy takie spotkania o charakterze dialogowo-modlitewno-refleksyjnym co tydzień aż do święta Świętej Rodziny. Raz w miesiącu można by zaprosić także wszystkie grupy, razem z dziećmi, na wspólną adorację Najświętszego Sakramentu do kościoła, na rozważanie Pisma Świętego (Lectio divina)… A potem kontynuować takie spotkania do czerwca! Czy nie byłaby to forma katechumenatu rodzinnego, o jaki apelował Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki? Czyli przekaz wiary i uczenie się życia wiarą…?! Czyli niezła szkoła życia chrześcijańskiego!

A może – idąc tym tropem dalej – w ten projekt włączyć także kolędę, która jak sądzę wymaga też gruntownej refleksji i przekształcenia. O co chodzi? Na przykład w danym roku odwiedzamy „po kolędzie” tylko te rodziny, które obchodzą jubileusz małżeństwa (I, V, X itd.). Można by tę „pulę” odwiedzanych rodzin poszerzyć o wizytę w tych rodzinach, których dzieci przygotowują się do Pierwszej Komunii Świętej, a młodzież do bierzmowania. Zauważmy, że w tej sytuacji mamy od razu określony duszpasterski temat do rozmowy. A także okazję do być może podjęcia jakichś indywidualnych rodzinnych problemów, o których małżonkowie nie chcieli rozmawiać na forum wspólnotowych cotygodniowych spotkań. No i oczywiście – co niemniej ważne – odwiedzamy wtedy w jedno popołudnie pięć, sześć rodzin… a nie dwadzieścia (bo trzeba obejść całą parafię!).

  1. Przekaz wiary ochrzczonym, gdy rodzina zawodzi

Są sytuacje, gdy rodzice nie są w stanie przekazać wiary swoim dzieciom. Niestety parafie – jak doskonale wiemy z naszego doświadczenia –  nie są prawdziwymi wspólnotami wiary. „Nasze parafie to raczej agencje usług religijnych: ludzie przychodzą zamówić chrzest, pogrzeb, ślub itd. i pytają ile to kosztuje. Daleka jest nasza przeciętna parafia od tego, żeby była wspólnotą”. Dorastające dzieci – gdy nie mają oparcia w rodzinie – mogłyby wrastać w życie wiary dzięki wsparciu licznych wspólnot i nowych ruchów religijnych. Wystarczy wspomnieć: Ruch Światło-Życie, Odnowę w Duchu Świętym, Ruch neokatechumenalny, Szkoły Nowej Ewangelizacji. To wspólnoty, które mają już wieloletnie doświadczenie we wprowadzaniu w życie wiary. Można by ewentualnie wykorzystać w tej funkcji również prężnie działające w parafii grupy apostolskie. Być może wspomniana na początku trudna sytuacja niektórych rodzin to odpowiedni moment, żeby na nowo odkryć i dowartościować właśnie w funkcji przekazywania wiary instytucję rodziców chrzestnych.

  1. Kilka konkretnych propozycji „na dziś”

To są oczywiście propozycje i zachęta, aby być może już dziś „coś wybrać” dla parafii, w której posługuję. Po pierwsze katecheza dla dorosłych. „Trzeba wrócić do katechezy dorosłych… – pisał ks. F. Blachnicki. To właśnie dorośli są w rodzinach świadkami wiary wobec dzieci. To jest ważniejsze od tego, że dziecko chodzi na religię, ważniejsze jest, że ono ma w domu świadków wiary, swoich rodziców czy dorosłych”. Proszę księży, św. Jan Maria Vianney codziennie przez 15 lat katechizował dorosłych! Była to część jego strategii duszpasterskiej, która jak wiemy odmieniła Francję. „Ukończywszy odmawianie Brewiarza znów ks. Vianney spowiadał, aż do godz. 11. Następnie wychodził z zakrystii i szedł do stalli katechizacyjnej. (…) Tam w ciągu lat piętnastu – od 1845 r. do 1859 r. – codziennie w dni powszednie, o godzinie jedenastej, zasiadał Proboszcz z Ars, aby udzielać pątnikom lekcji katechizmu”.

Czy nie byłoby dobrze – jako swego rodzaju „pamiątka” Roku Wiary – gdyby w każdej parafii wprowadzono katechezę dla dorosłych, obejmującą na przykład najpierw rodziców dzieci przygotowujących się do przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej i rodziców młodzieży przygotowującej się do bierzmowania? Oczywiście, ta katecheza dla dorosłych musi być inna od katechezy dla dzieci zarówno w treści, jak i w metodzie.

Po drugie, tworzenie miejsc modlitwy. „Niech ksiądz zaprowadzi w swojej parafii godzinę adoracji Najświętszego Sakramentu” poradziła bł. Teresa z Kalkuty księdzu, który zapytał ją, co zrobić, by ożywić wiarę w parafii. Myślę, że na ten temat mogliby powiedzieć wiele księża pracujący w parafiach, w których praktykowana jest wieczysta adoracja Najświętszego Sakramentu. „Ojcze, co teraz? Co jest najważniejsze?” – pytał umierającego Y. Congara jeden ze współbraci. „Tworzyć miejsca modlitwy. Tworzyć miejsca spotkania z Bogiem”.

Po trzecie, rozważanie Pisma Świętego metodą lectio divina. Lectio divina powinna być częścią życia każdej parafii (por. R. Cantalamessa). Jej wielkim orędownikiem, propagatorem i nauczycielem był kard. Carlo Maria Martini. Kardynał zwrócił także uwagę na to, że w naszym duszpasterstwie postawiliśmy wszystko na głowie. Wzywamy bezskutecznie do czynów miłości tych, którzy mają słabą wiarę, lub jeszcze nie uwierzyli, a nie głosimy słowa Bożego, które wzbudza wiarę. Najpierw powinno być głoszenie słowa, ono rodzi wiarę, a ta prowadzi do uczynków. Słowo – wiara – miłość to właściwa sekwencja podstaw pracy duszpasterskiej. W przeciwnym wypadku mamy moralizowanie na ambonie, z którego nic nie wynika.

Po czwarte, tworzenie wspólnot, w których chętni mogliby wzrastać w życiu wiary. „Nieraz po udanej ewangelizacji w parafii czy w innym miejscu ludzie pytają co dalej, gdzie można podtrzymać zapalony ogień. I zaczynają się schody. Parafie nie oferują często ani wspólnot, ani spotkań, dzięki którym można by dojrzewać w wierze”. Po udanej ewangelizacji, po jakimś ważnym doświadczeniu religijnym w parafii trzeba ludziom zaoferować wspólnoty (spotkania), w których mogliby podtrzymać zapoczątkowane doświadczenie. Znajdujemy się w przededniu peregrynacji obrazu Pana Jezusa Miłosiernego. Bp Grzegorz Ryś mówił w tym kontekście o wielkim wydarzeniu duchowym w parafiach archidiecezji krakowskiej. Ale dodawał z troską że jeżeli za tym nie pójdzie systematyczna praca, jeżeli nie powstaną grupy, które podtrzymają wiernych (przynajmniej tych, którzy tego pragną) na tej drodze, to skończy się to na poziomie pięknego przeżycia i pięknego wspomnienia, które nie będzie miało trwałego wpływu na w życie chrześcijańskie.

  1. Zakończenie

Powiedziałem parę zdań o potrzebie reformy struktur…, ale to nie jest najważniejsze! Najważniejsze to zmienić siebie. Bp E. Dajczak mówił do księży: Dwadzieścia lat katechezy w szkole. Jakie są efekty? Para idzie w gwizdek. Gdzie jest błąd? Nietrudno go odkryć: Trzeba zmienić siebie!

Znane jest nam dobrze stare powiedzenie, którego wcale komentować nie trzeba: „Jeśli lud ma być wierzący, księża muszą być święci”. Największą więc troską w procesie przekazu wiary w sekularyzującym się społeczeństwie jest nasze osobiste nawrócenie i uświęcenie. Swego rodzaju puentą naszych rozważań niech się staną słowa bł. Jana Pawła II: „O ile upragniona odnowa Kościoła zależy od posługi kapłanów, nie ulega wątpliwości, że w znacznej mierze zależy od rodzin”.

Ks. dr hab. Andrzej Michalik – rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie.

Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się w Currenda 2013 nr 3. Publikacja na stronie formacja.diecezja.tarnow.pl za zgodą Autora.

Udostępnij Tweet