Prawdziwe szczęście. X Niedziela Zwykła

X Niedziela Zwykła – B

Bogu warto zaufać…

W życiu duchowym dochodzimy nieuchronnie do takiego momentu, w którym wydaje się, że nic więcej nie da się już zrobić. Modlimy się każdego dnia, praktykujemy mniejsze czy większe wyrzeczenia, pracujemy nad sobą, formujemy się, mamy stałego spowiednika lub kierownika duchowego. Krok po kroku rozwija się nasze życie duchowe. Wydaje się jednak, że już nic więcej nie da się zrobić. Czy tak to wszystko ma wyglądać jeszcze przez wiele lat? Czy przed nami jedynie mozolne wspinanie się na Górę Karmel, kroczenie drogą doskonałości w trudzie, zmaganiu, wyrzeczeniu? Oczywiście, razem z parafianami, współbraćmi w kapłaństwie, przyjaciółmi, ludźmi którzy nas wspierają, modlą się za nas, ale tak bardzo trudząc się każdego kolejnego dnia?

Porzucić schematy

Dobrze jest uświadomić sobie, że Bóg pragnie od nas jednej, jedynej rzeczy: naszego bezgranicznego zaufania i stawania przed Nim bez lęku, że pragnie od nas ufności dziecka, której tak często nam brakuje. On pragnie naszej żywej i autentycznej wiary w to, że nas kocha i nie zrobi nam krzywdy, że chce nas nieustannie obdarowywać i pomagać w prowadzeniu innych do Niego. Można zadziwić się, zapytać z niedowierzaniem, czy naprawdę tylko tyle?

A jednak. Ufność to coś, co zmienia diametralnie naszą relację z Bogiem i drugim człowiekiem. Ufamy, a więc pozwalamy Mu działać; działać zdecydowanie, jeśli tylko On tego chce, w taki sposób, jaki On chce i kiedy On chce – jak powie św. Teresa od Jezusa. Cała nieustanna praca nad sobą jest pracą nad poznawaniem siebie, poznawaniem coraz głębiej Boga, wyzbywaniem się wad a rozwijaniem cnót. Bóg zaś pragnie postawy serca, która oznacza, że jesteśmy w stanie zawierzyć Mu wszystko – oddać wszystko co posiadamy, nie przywiązywać się do tego co przemija. I może nieraz w naszym życiu kapłańskim nadchodził czas, gdy dostrzegaliśmy, że należy przestać trzymać się kurczowo swoich schematów, swojej precyzyjnie zaplanowanej drogi do Niego. Bóg chce przecież przejąć kontrolę nad naszym życiem, ale chce On to zrobić tylko za naszą zgodą i robić to razem z nami.

A Ja, gdy zostanę nad ziemię nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie ( J 12,32).

Pierwsze czytanie dzisiejszej niedzieli ukazuje nam dramatyczny moment w historii ludzkości: stan po grzechu pierworodnym. Jest on dramatyczny dlatego, że człowiek odrzucił zaoferowaną mu przez Pana Boga przyjaźń i wybrał propozycję szatana, by stać się „jak Bóg”. To bycie „jak Bóg” okazało się jednak tylko tanią reklamą, bo zamiast obiecywanej wielkości, trzeba było ukrywać się pośród drzew ogrodu. Ten dramat trwa do dziś. I my, kapłani jesteśmy narażeni na szatańską pokusę odrzucenia Pana Boga, a wybrania własnej wielkości. I chociaż samo życie pokazuje, że jest to droga prowadząca donikąd, to jednak nie brakuje kapłanów, którzy dają się tej propozycji uwieść. To zaciemnienie serca i umysłu jest tak wielkie, że nawet przyjście Jezusa na ziemię, nie było w stanie przekonać wielu ludzi do tego, co proponuje Pan Bóg. Sam Jezus został uznany wręcz za współpracownika szatana. To pokazuje, jak wielką moc posiada szatan w zawładnięciu ludzkim sercem, jak potrafi to serce zniszczyć. Aby pokazać nam drogę wyjścia, Jezus stawia nas przed wyborem: kto jest moją rodziną? Do kogo chcę należeć? Gdy słyszymy te słowa Jezusa to w pierwszym momencie buntujemy się. Jak to? Czyż kobieta, która mnie urodziła nie jest moją matką? Czyż ci, którzy tak, jak ja wyszli z jej łona nie są moim rodzeństwem? Możemy tu dopatrzeć się pewnego obrazu. Te ludzkie więzi to symbol łączności z tym światem, który kojarzony jest ze wszystkim, co przeciwne Panu Bogu. Natomiast bycie bratem, siostrą – uczniem Jezusa, to obraz przynależności do rodziny Bożej.

Musimy więc codziennie  dokonywać wyboru, po której stronie jesteśmy? Musimy jasno się opowiadać. Nie możemy być domem wewnętrznie skłóconym, bo inaczej się nie ostoimy. Runiemy. I chociaż kusi nas natychmiastowe szczęście proponowane przez szatana, to jednak prawdziwe szczęście może nam dać tylko Pan Bóg. Być może zniechęca nas, przejmuje trwogą to, że niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz odnawia się z dnia na dzień. Pan Bóg bowiem przez trudy kapłańskiego życia przygotowuje nas do szczęścia wiecznego: niewielkie utrapienia nasze obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku. Jako kapłani, wybierając Jezusa, stając po Jego stronie dopiero wtedy możemy żyć we właściwych relacjach z innymi ludźmi, parafianami. Dopiero wtedy nasza miłość do innych, do parafian staje się prawdziwa i trwała. Dopiero wtedy zaczynamy kochać nie ze względu na samych siebie, ale ze względu na drugich. Dopiero wtedy zaczynamy szukać prawdziwego dobra swoich parafian, tych do których zostaliśmy posłani, a nie dzięki nim osiągać jedynie własne szczęście.

Ks. Jarosław Kokoszka – wikariusz parafii pw. Wszystkich Świętych w Bobowej.

Udostępnij Tweet