Kultura weekendu a chrześcijańska niedziela – Joseph Ratzinger

W naszej szerokości geograficznej, moim zdaniem, o wiele bardziej realistyczne jest odwrotne pytanie: Co robimy, kiedy nasze spo­łeczności w piątek wieczór albo w sobotę pospiesznie opuszczają swe mieszkania i wracają do nich dopiero wtedy, gdy już dawno skończyła się ostatnia msza niedzielna? Jak możemy pogodzić kul­turę weekendu z niedzielą, jak ponownie wykorzystać czas wolny, żeby służył poszerzeniu wolności, w której ma nas umacniać dzień Pański?

 

Myślę, że w tej sprawie powinniśmy być jeszcze bardziej pomysłowi niż dotychczas: z jednej strony w ożywianiu duszpa­sterstwa i wzajemnej otwartości wspólnot, z drugiej – w znajdy­waniu sposobów – może na innych obszarach, będących jakby przedpolem obszaru wyłącznie liturgicznego – czynienia para­fialnej społeczności wewnętrzną ojczyzną, która obniży instynkt ucieczki społeczeństwa przemysłowego i wyznaczy mu inny cel. Myślę, że wszystkie te ucieczki, których jesteśmy świadkami, mają wprawdzie na celu odmianę, wypoczynek, spotkania i uwolnienie się od wymiaru dnia powszedniego, ale jednak poza tymi w pełni słusznymi pragnieniami jest jeszcze głębsze pragnienie: tęsknota za zadomowieniem się w autentycznie braterskiej wspólnocie, za doświadczeniem rzeczywistego kontrastu, czyli tęsknota za czymś zupełnie innym niż przesyt powodowany niezmierzoną skalą włas­nych osiągnięć.

Na to musiałaby dać odpowiedź niedzielna liturgia. Nie może konkurować z show-biznesem. Proboszcz nie jest showmanem, a li­turgia nie może być teatrem rozmaitości. Nie może być czymś w ro­dzaju koła towarzyskiego. To mogłoby się rozwinąć w nawiązaniu do niej i na podstawie rodzących się w niej relacji międzyludzkich. Sama liturgia powinna być czymś innym. Musi być oczywiste, że tutaj otwiera się wymiar egzystencji, którego wszyscy w skrytości szukamy: obecność tego, czego nie można samemu zrobić, teofania, misterium, a w nim Boża aprobata, która ogarnia cały byt i która jedna może uczynić go dobrym, tak żeby – mimo wszystkich napięć i cierpień – mógł być przez nas przyjęty.

Musimy znaleźć złoty środek pomiędzy rytualizmem, w którym liturgiczne obrzędy są sprawowane przez samego kapłana w spo­sób niezrozumiały i bez kontaktu z wiernymi, a manii rozumienia wszystkiego, która całość zamienia w końcu w dzieło człowieka, pozbawiając liturgię wymiaru katolickiego i obiektywizmu tajem­nicy. Dzięki wspólnocie wierzących, którzy wierzą, rozumiejąc, li­turgia powinna mieć własną moc oświecającą, która by się stawała następnie wezwaniem i nadzieją także dla niewierzących i dlatego nierozumiejących. Jako opus Dei musi ona być miejscem, gdzie kończą się i są przekraczane wszystkie opera hominum, budząc tym nową nadzieję, której na próżno szukamy w libertynizmach biznesu rozrywkowego.

W ten sposób liturgia mogłaby, zgodnie z istotnym sensem nie­dzieli, ponownie stać się miejscem wolności, która jest czymś więcej niż. wolnym czasem i swobodnym przemieszczaniem się. Ta auten­tyczna wolność jest tym, czego wszyscy szukamy.

Na podstawie: J. Ratzinger, Opera omnia. Teologia liturgii, Wydawnictwo KUL, 2012.

Udostępnij Tweet