O należytym celebrowaniu Eucharystii – Benedykt XVI

Dziś swoje 91 urodziny obchodzi papież-senior Benedykt XVI. Watykańskie media podają, że nie będzie to dzień hucznych obchodów, a raczej upłynie „w ciszy i spokoju dawnego klasztoru Mater Ecclesiae w Watykanie”. Z tej okazji przypominamy jeden z tekstów Ojca Św. dotyczących należytego sprawowania Eucharystii.

 

Słyszę – i po części wierzę – że zdarzają się pomiędzy wami spo­ry, gdy schodzicie się razem jako Kościół. Zresztą nawet muszą być wśród was rozdarcia, żeby się okazało, którzy są wypróbowani. Tak więc, gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czy nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam po­wiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę! Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazałem, że Pan Jezus tej nocy, kiedy został wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy, połamał i rzekł: „To jest Ciało moje za was [wydane]. Czyńcie to na moją pamiątkę”. Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: „Ten Kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”. Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej (1 Kor 11,18–29).

Karcące słowa św. Pawła skierowane do społeczności Koryntu odnoszą się do nas, bo również wśród nas trwa spór o Eucharystię, także nam grozi niebezpieczeństwo, że przeciwstawne stronnictwa zaciemnią święte centrum Kościoła. W tych sporach o Eucharystię stają naprzeciw siebie dwa przeciwstawne stronnictwa. Jedno z nich – nazwijmy je postępowym – twierdzi, że Kościół w swej tradycyj­nej celebracji mszy daleko odszedł od pierwotnej woli Pana. Jego zdaniem Pan odbył zwykły braterski posiłek ze swymi uczniami i powiedział: „Czyńcie to na moją pamiątkę!”. Tymczasem Kościół nie wypełnia tego polecenia, lecz uczynił z tego sakralną, kulto­wą czynność, zmienił styl całości, czyniąc z niej mszę, obudował ją wspaniałymi katedrami i otoczył podniosłą, uroczystą liturgią, i w ten sposób tak przeobraził tę prostą czynność, którą Jezus polecił powtarzać, że stała się wręcz nierozpoznawalna. Postulatem wynika­jącym z takich opinii jest desakralizacja. Wieczerza Pańska musi na powrót stać się zwyczajnym i codziennym ludzkim posiłkiem. Z tego wyprowadzano na przykład wniosek, że nie należy budować kościo­łów, potrzebne są tu raczej budynki służące do różnych celów, tak żeby Wieczerza Pańska była sprawowana rzeczywiście w warunkach codziennego życia i nie nabierała wzniosłego, kultowego wymiaru. Następnie pojawił się postulat zmiany kształtu liturgii, liturgicznych szat i żądanie powrotu do zwyczajnego stylu naszego codziennego życia. Im głośniejsze były te protesty i im częściej realizowano te po­stulaty, tym silniejszy powstawał sprzeciw wobec całej reformy litur­gicznej. Tej nowej postaci liturgii zarzucano purytanizm, zubożenie i obrazoburstwo. Mówiono, że msza została sprotestantyzowana i że zniszczono w niej element typowo katolicki. W ten sposób Kościół w swoim centralnym punkcie przestał być Kościołem katolickim. Eucharystię należałoby celebrować obok niego i przeciwko niemu, ponieważ nie ma już w nim ważnej Eucharystii. W tym rozważaniu spróbujmy się zająć tymi dwoma problemami.

Zacznijmy od pierwszego problemu. Mówiąc „Czyńcie to!”, Jezus miałby się domagać nie sprawowania jakiegoś kultu czy liturgii, lecz tylko braterskiego codziennego posiłku. Zarzut ten może się wprawdzie wydawać wiarygodny, jeśli jednak wsłuchamy się uważ­niej w głos Pisma Świętego, nie zatrzymując się na samej jego po­wierzchni, bardzo szybko ukaże się nam fałsz tego zarzutu. Jezus nie kazał przecież uczniom powtarzać Ostatniej Wieczerzy jako takiej i w całości. Nie byłoby to nawet możliwe, ponieważ była to uczta paschalna. Pascha zaś była świętem dorocznym, mającym do­kładnie określoną datę w kalendarzu księżycowym, która przypada właśnie jeden raz w roku. Jak nie mogę w dowolnym dniu obchodzić Bożego Narodzenia, tak samo nie powtarza się stale Paschy. Jezus nie nakazał powtarzać całej tej liturgii żydowskiej, którą sprawował razem ze swym ludem – to zresztą, jak już powiedzieliśmy, nie było­by nawet możliwe. Nakaz powtarzania odnosi się do nowości, którą On sam daje, do oddania siebie samego, które umieścił w centrum dawnego kontekstu liturgii Izraela. W ten sposób zostało dane to, co istotne, nie miało ono jednak jeszcze nowej, chrześcijańskiej postaci. Dopiero gdy – w następstwie Krzyża, Zmartwychwstania i dalszej historii – Kościół jako autonomiczna wspólnota wystąpi z Izraela, także ten nowy dar będzie mógł znaleźć swój nowy kształt. Tym sa­mym jednak pojawia się pytanie: Skąd msza otrzymała swój kształt, jeśli nie było możliwe powtarzanie Ostatniej Wieczerzy jako takiej i w całości? Do czego uczniowie mogli nawiązać w poszukiwaniu tego kształtu?

Komentatorzy Pisma Świętego dają dziś na to pytanie w gruncie rzeczy dwie różne odpowiedzi. Część z nich mówi, że celebracja eucharystyczna wczesnego Kościoła nawiązuje do codziennych posiłków Jezusa z jego uczniami. Inni uważają, że Eucharystia jest kontynuacją posiłków z grzesznikami (zob. Mt 9,9–13; Mk 2,15–17; Łk 5,27–32), w których Jezus brał udział. Ta druga opinia stała się dla niektórych fascynującą ideą z dalekosiężnymi konsekwen­cjami. Jej znaczenie byłoby następujące: Eucharystia jest stołem grzeszników, przy którym zasiada Jezus. Eucharystia jest otwartym gestem, na który Jezus zaprasza wszystkich bez wyjątku. Z tego wy­nika z konieczności radykalna krytyka kościelnej Eucharystii, gdyż zakłada się tu, że Eucharystia nie dopuszcza żadnych wstępnych warunków i nie może być wiązana ani z wyznaniem, ani z chrztem. Musi być otwartym stołem, przy którym wszyscy mogą się spoty­kać z Bogiem całego świata, bez żadnych warunków, ograniczeń i założeń konfesyjnych. I znowu – mimo uwodzicielskiej atrakcyj­ności tej idei jest ona sprzeczna ze świadectwem Biblii. Ostatnia Wieczerza Jezusa nie była żadnym z tych posiłków, które spożywał On z „celnikami i grzesznikami”. Jezus chciał, żeby miała ona za­sadniczy kształt paschy, zgodnie z którym wieczerzę tę spożywano w domowej wspólnocie rodziny. Dlatego spożył ją ze swą nową ro­dziną, z Dwunastoma – z tymi, którym obmył nogi i których swymi słowami i tą oczyszczającą kąpielą przygotował (zob. J 13,10) do nowego z Nim pokrewieństwa, do utworzenia razem z Nim jednego Ciała. Sama Eucharystia nie jest sakramentem pojednania, lecz zakłada ten sakrament. Jest sakramentem pojednanych, do którego przyjęcia Pan zaprasza tych, którzy stali się z Nim jedno. Z pewnoś­cią są oni nadal grzesznikami i słabymi, ale takimi, którzy podali Mu rękę i stali się Jego rodziną. Dlatego Eucharystię od samego początku poprzedza rozróżnianie. Słyszeliśmy to właśnie w bardzo dramatycznym sformułowaniu u św. Pawła: kto jest niegodny, ten spożywa i pije sobie sąd, ponieważ nie odróżnia Ciała Pańskiego (zob. 1 Kor 11,27–34). Nauka Dwunastu Apostołów – jedno z naj­starszych pism ponowotestamentalnych, pochodzące z początku II wieku – nawiązuje do tej tradycji apostolskiej, wkładając w usta kapłana mającego rozdawać sakrament słowa: „Kto święty jest, niech przystąpi, kto nie jest, niech czyni pokutę!”. Powtórzmy: Eucharystia jest sakramentem tych, którzy się pojednali z Panem, którzy się stali Jego rodziną i powierzają się w Jego ręce. Dlatego przystępowanie do niej jest obwarowane pewnymi warunkami. Zakłada ona już wejście w tajemnicę Jezusa Chrystusa.

Nieprzekonująca jest jednak również druga ze wzmiankowanych opinii, nawiązująca do codziennych wspólnotowych posiłków Jezusa z uczniami. Wiemy przecież, że Eucharystię celebrowano najpierw w niedzielę, a więc była akurat poza zwyczajnym rytmem dnia, a tym samym również poza zwyczajnymi towarzyskimi posiłkami. Istotnym punktem odniesienia dla kształtowania spuścizny chrześ­cijańskiej było Zmartwychwstanie. Ono stanowiło podstawowy czynnik, który Jezusowi umożliwiał realną obecność, wznoszącą się ponad ograniczenia ziemskiej cielesności i rozdawanie siebie samego. Zmartwychwstanie zaś nastąpiło w pierwszym dniu tygodnia. Dla żydów był to dzień stworzenia świata, dla uczniów Jezusa – dzień, w którym zaczął istnieć nowy świat, dzień, w którym po pokona­niu śmierci zostało zapoczątkowane nowe stworzenie. Był to dzień, w którym Jezus Chrystus, jako zmartwychwstały, na nowy sposób znalazł się w świecie. Tym samym ten pierwszy dzień, dzień stworze­nia, uczynił swoim dniem, „dniem Pańskim”. Tak jest on nazywany już w I wieku, nazwa ta pojawia się w księdze Apokalipsy (zob. 1,10). Już Dzieje Apostolskie (zob. 20,7) i Pierwszy List do Koryntian (zob. 16,2) poświadczają, że dzień ten był dniem Eucharystii. Pan powstał z martwych pierwszego dnia tygodnia. Ten dzień był więc w każdym tygodniu wspominaniem zaistniałej Nowości. Czyniąc to, uczniowie nie wspominali Zmartwychwstania jedynie retrospektyw­nie jako minionego wydarzenia. Zmartwychwstały żyje, dlatego dzień Zmartwychwstania był z racji wewnętrznych dniem Jego obecności, dniem, w którym On ich gromadził, oni zaś gromadzili się wokół Niego. Niedziela jako dzień Zmartwychwstania stała się wewnętrz­ną przesłanką, wewnętrznym miejscem celebrowania Eucharystii przez rodzący się Kościół. Stąd też otrzymała swój kształt. Została jakby wydobyta z roli żydowskiej Paschy i przesadzona w kontekst Zmartwychwstania. Jej rzeczywiste sedno stanowi świętowanie Zmartwychwstania. Już na początku II wieku Ignacy Antiocheński nazywał chrześcijan ludźmi „żyjącymi na sposób niedzieli”, to zna­czy tymi, którzy żyją Zmartwychwstaniem, jego obecnością w cele­bracji eucharystycznej. W ten sposób zostały położone fundamenty pod nowy kształt liturgii eucharystycznej. Podczas zebrań wiernych, po posiłku zaspokajającym głód ziemski z dziękczynieniem i wysła­wianiem celebruje się obecność śmierci i Zmartwychwstania Pana. Mocą wewnętrznej logiki Ostatnia Wieczerza przeobraziła się w świę­to, z radością jako jego komponentą. Znowu z Dziejów Apostolskich dowiadujemy się, że chrześcijanie celebrowali Eucharystię wśród śpiewów pochwalnych, a z 5. rozdziału Listu do Efezjan (5,19; por. Kol 3,16), jak również z wielu innych tekstów wiemy, że wy­chwalali Pana psalmami, hymnami i pieśniami. Przez osadzenie jej w nowym kontekście Zmartwychwstania, bez którego byłaby jedynie pamiątką bezpowrotnego pożegnania, pojawiły się spontanicznie dwie nowości – wielbienie i wychwalanie, czyli charakter kultowy i radowanie się z chwały Zmartwychwstałego.

Tym samym jednak kształt Eucharystii – liturgiczna forma Kościoła – nie osiągnął jeszcze definitywnego stanu. Musimy pa­miętać o tym, że żydowski kult składał się z dwu części. Jedną był kult ofiarniczy w świątyni, w której zgodnie z przepisami Prawa składano rozmaite ofiary. Oprócz kultu świątynnego, który był sprawowany tylko w Jerozolimie, gdyż nigdzie poza nią nie wolno było tego czy­nić, rozwijał się coraz bardziej inny jeszcze: a mianowicie synagogalny, synagoga bowiem mogła się znajdować w każdej miejscowości. Sprawowano w niej kult słowa, czytano święte pisma, modlono się psalmami, wspólnie wychwalano Pana, objaśniano słowa Pisma, zanoszono prośby do Boga. Po Zmartwychwstaniu Jezusa uczniowie nie uczestniczyli już w ofiarniczym kulcie świątynnym. Nie mogli już tego czynić, ponieważ zasłona świątyni rozerwała się, inaczej mówiąc, świątynia była pusta. Świątynią nie była już kamienną budowlą, był nią Pan, który siebie samego, jako żywą świątynię, otworzył przed Ojcem i w ten sposób otworzył ludzkości dostęp do Ojca. Miejsce świątyni zajmuje Eucharystia, ponieważ Chrystus jest prawdziwym Barankiem paschalnym, w Nim wypełnia się wszystko to, co dokonywało się w świątyni. Z tego powodu uczniowie wpraw­dzie nie uczestniczyli już w składaniu krwawych ofiar w świątyni, lecz zamiast tego składali w ofierze nowego Baranka paschalnego, po­dobnie jednak jak dawniej brali udział w liturgii synagogalnej. Biblia Izraela była przecież Biblią Jezusa Chrystusa. Uczniowie wiedzieli, że całe Pismo Święte, Prawo i Prorocy, o Nim mówi, dlatego starali się razem z Izraelem tę Świętą Księgę ojców czytać w perspektywie Jezusa i w ten sposób otwierać serce Izraela na Jezusa. W dalszym ciągu razem z Izraelitami modlili się psalmami, by w ten sposób modlić się nimi razem z Jezusem, otwierać je na Nowe Przymierze i z Jego perspektywy rozumieć. W tekstach Nowego Testamentu możemy jednak jednocześnie śledzić ową tragiczną drogę, na której stopniowo rozpada się ta istniejąca jeszcze jedność z Izraelem. Nie udało się doprowadzić całego Izraela do czytania Biblii jako słów Jezusa Chrystusa i dla Jezusa Chrystusa. Synagoga szybko zamknęła się na taką interpretację Pisma Świętego i pod koniec I wieku podział stał się faktem. W synagodze nie było już możliwe rozumienie Pisma w perspektywie Jezusa. W ten sposób Izrael i Kościół zaczęli istnieć odtąd jako dwie odrębne rzeczywistości. Kościół stał się w pełni wielkością samoistną. Ponieważ nie mógł już uczestniczyć w liturgii Izraela, musiał ją teraz sam sprawować. Znaczyło to z konieczności, że dwie oddzielne do tego czasu części liturgii złączyły się ze sobą: liturgia słowa połączyła się z liturgią eucharystyczną. Teraz, kiedy liturgia miała już pełną postać kultu chrześcijańskiego i tym samym Kościół ukształtował się całkowicie jako Kościół, całość ta zostaje przeniesiona na niedzielny poranek, na godzinę Zmartwychwstania. Logika Zmartwychwstania osiąga swój kres. Tym samym ukształ­towała się w pełni autentycznie chrześcijańska postać kultu, jaki po dziś dzień sprawujemy w Eucharystii Kościoła. Jego struktura jest następująca: na początku znajduje się liturgia słowa, na którą składają się czytania wyjęte ze Starego i Nowego Testamentu, śpie­wy tekstów zaczerpniętych z psalmów, nowe modlitwy, radosne pozdrowienie Pana, Kyrie, przemieniające dawny okrzyk hołdu skła­danego cesarzowi w okrzyk hołdu składanego Chrystusowi jako prawdziwemu Panu świata. Potem następuje właściwa liturgia eucharystyczna. Jak widzieliśmy w poprzednim rozważaniu, znalazł się w niej kanon, który jest dłuższą „ofiarą słowa” i który ewoluo­wał bezpośrednio z modlitwy Izraela i Jezusa, a teraz znalazło się w nim nowe centrum: opis i wydarzenie Ostatniej Wieczerzy, jak również komunia święta. Tak więc o kształcie mszy zadecydowała wewnętrzna logika samego daru Jezusa. Powstawał on bez zerwa­nia, jako wypełnienie pierwotnego nakazu. Po ustaleniu się tego istotnego kształtu msza otworzyła się na przyjmowanie zarówno bogactwa świątyni, jak i bogactwa ludów. Oczywiście, w każdym wypadku konieczne było oczyszczenie. Takie jest zadanie wszystkich wieków. Kolejnym elementem tego wielkiego procesu jest również to, co wydarzyło się w połowie naszego wieku – nie pierwszy raz zresztą. Składają się na to z jednej strony przyjmowanie bogactwa modlitwy, nadziei i wiary ludów, a z drugiej – oczyszczanie tego bogactwa, mające na celu niedopuszczanie do przesłonięcia cen­trum, tak żeby autentyczne misterium Jezusa Chrystusa było zawsze widoczne w swej integralności i wielkości. Kto to zrozumiał, wie, że ewoluująca w historii Eucharystia nie jest odejściem od początków, lecz stanowi ich autentyczny owoc. Próby postulujące „powrót” do zwyczajnego świeckiego posiłku i do wielofunkcyjnych sal itp. sta­nowią jedynie pozorne powracanie do źródeł. W rzeczywistości są one cofaniem się do czasu sprzed przełomu dokonanego przez Krzyż i Zmartwychwstanie, czyli do okresu poprzedzającego to, co stanowi sam fundament chrześcijaństwa i jego nowości. W ten sposób nie wraca się do źródeł, lecz odchodzi się od misterium paschalnego i tym samym od najgłębszego rdzenia tajemnicy Chrystusa.

Teraz możemy się zająć drugim problemem, który staje się coraz bardziej naglący. Czy reforma liturgii nie zniszczyła właśnie tego, co powstało w procesie tak długiego rozwoju? W tym kontekście nie zamierzamy analizować poszczególnych nadużyć, do których niewątpliwie dochodziło i które z pewnością nadal się zdarzają. W związku z tym chciałbym tutaj powiedzieć tyle tylko: wszyscy musimy sobie jasno uświadomić, że Eucharystia nie jest pozo­stawiona do dyspozycji ani kapłana, ani pojedynczej wspólnoty. Jest ona darem Jezusa Chrystusa dla całego Kościoła i zachowuje swą wielkość tylko pod warunkiem akceptowania tej niearbitralności. Wszystkie początkowe, pozorne sukcesy osiągane przez mnożenie naszych własnych inicjatyw są pozbawione wartości, ponieważ przesłaniają to, że w autentycznej Eucharystii Kościoła jest coś więcej, niż my sami potrafimy dokonać. Nie mówmy więc już o nadużyciach, które są pomysłami jednostek i które musimy usuwać we wspólnej wierze. Zajmijmy się atakami kierowanymi pod adresem oficjalnego kształtu reformy liturgii. O kontrowersji dotyczącej przekładu „za wielu” albo „za wszystkich” była już mowa w pierwszym rozważaniu.

Pozostają trzy dalsze główne zarzuty. W jednym z nich twierdzi się, że wraz z przeobrażeniem offertorium przekreślono ofiarniczy charakter mszy, a w następstwie tego nie jest już ona mszą kato­licką. Drugi dotyczy przyjmowania Komunii na stojąco i do rąk. Oczywiście nadal kwestionowana jest także sprawa języka.

Zacznijmy od pierwszego zarzutu. Pewien socjolog wykładający w Saarbrucken z wielką erudycją próbował wykazać, że dla każ­dej religii, a w szczególności dla katolickiej, istotne jest składanie w ofierze jakiegoś daru. Teraz, według niego, zastąpiły je hymny pochwalne. W konsekwencji nie składa się już ofiary, a posoborowa Eucharystia nie jest już mszą Kościoła katolickiego. Otóż wystarczy­łoby tu zapoznanie się z małym katechizmem, żeby się dowiedzieć, że idea ofiary zawsze była wiązana nie z offertorium, lecz z modli­twą eucharystyczną, z kanonem. Nie ofiarujemy przecież Bogu tej czy innej rzeczy, nowość Eucharystii polega na obecności Ofiary Chrystusa. Dlatego wydarzenie ofiary jest tam, gdzie rozbrzmiewa Jego słowo – słowo Słowa – przez które On przemienił swą śmierć w wydarzenie słowa i miłości po to, żebyśmy my, zdolni do jego przyjęcia, byli w ten sposób włączani w Jego miłość – w miłość trynitarną, przez którą Syn od wieków oddaje siebie Ojcu. Tam, gdzie rozlega się słowo Słowa i tym samym nasze dary stają się Jego darem, w którym daje siebie samego, tam właśnie jest ofiara, która od początku stanowi Eucharystię. To, co nazywamy „offertorium”, ma inne znaczenie. Słowo „offertorium” pochodzi albo od łacińskiego offerre, albo raczej od operari.

Słowo offerre znaczy nie „ofiarować” (po łacinie byłoby to immolare), lecz „przynieść”, „przygotować”. Operari zaś znaczy „działać”, tutaj też – „przygotować”. Myślano przy tym po prostu, że ołtarz Eucharystii musiał zostać przygoto­wany, konieczne więc było tutaj operari, czyli rozmaite czynności: żeby odpowiednio zostały przygotowane potrzebne do Eucharystii zapalone świece, różne dary, chleb i wino. Na początku było to więc zwyczajne przygotowanie do istotnej czynności. Bardzo szybko jed­nak nadano temu głębszy sens. Nawiązano do gestu ojca żydowskiej rodziny, który wznosił chleb przed oblicze Boże, żeby go na nowo od Niego otrzymać. Przez analogię do tego wznoszenia daru do Boga, do włączania się w przygotowywanie się Izraela na przyjęcie Boga, te zewnętrzne przygotowania zaczęto odczytywać jako wewnętrzne przygotowanie się do przyjęcia przychodzącego Pana, który w na­szych darach szuka nas samych. Aż do IX, a może nawet X wieku ten gest przygotowania przejęty od Izraela wykonywano bez słów. Potem pojawiła się idea, że w chrześcijaństwie każdemu gestowi powinny towarzyszyć słowa i około X wieku ułożono modlitwy towarzyszące przygotowaniu darów, które my, starsi, znamy z Mszału, lubimy je i dlatego może brak nam ich w nowej postaci mszy. Były to piękne, głębokie modlitwy. Trzeba jednak też zauważyć, że wprowadzały pewne nieporozumienie. Były one zawsze antycypowaniem istot­nego wydarzenia, dokonującego się podczas recytowania kanonu. Obydwa te aspekty, przygotowanie i definitywny charakter Ofiary Chrystusa, przenikają się ze sobą w tych słowach. To, co na obszarze wiary jest uzasadnione i wewnątrz wiary także zrozumiałe – faktem jest przecież, że na naszej drodze prowadzącej do Chrystusa zawsze podtrzymuje nas już Jego uprzedniość – u szukających i patrzących z zewnątrz mogło rodzić fałszywe rozumienie. Dowodem na to, że tak rzeczywiście było, są właśnie reakcje, o których przed chwilą była mowa.

Z tego powodu dokonujący reformy liturgii chcieli w pierwszej chwili powrócić do sytuacji sprzed IX wieku i pozostawić gest pod­noszenia darów bez słów. Ojciec Święty papież Paweł VI osobiście i zdecydowanie opowiedział się za pozostawieniem także słów mod­litwy. Sam wziął udział w układaniu tych modlitw. Są one w głównej mierze zaczerpnięte z modlitw, które Izraelici odmawiali przy stole. W związku z tym powinniśmy wiedzieć, że wszystkie te modlitwy Izraela – te „błogosławieństwa”, jak się je nazywa, krążą wokół mi­sterium paschalnego, odnoszą się do Paschy żydowskiej – zostały ułożone i żyją przez odniesienie do niej. Znaczy to, że stanowią – niewyraźnie wprawdzie – antycypacje misterium paschalnego Jezusa Chrystusa i dlatego możemy dostrzec ich adwentowy i jednocześnie paschalny charakter. Przede wszystkim powinniśmy pamiętać, że w ten sposób modliła się także Święta Rodzina – Jezus, Maryja i Józef – podczas ucieczki do Egiptu, w obcym kraju, a potem w domu nazaretańskim, a wreszcie Jezus ze swymi uczniami. Przypuszczalnie wtedy już obowiązywała reguła, zgodnie z którą wieczorem matka zapala świece i prowadzi modlitwy rodziny. Możemy więc w tych modlitwach słyszeć głos Maryi i z Nią się modlić. Obecna jest w tym cała tajemnica Nazaretu – to adwentowe pielgrzymowanie do wy­darzenia paschalnego. W ten sposób do liturgii weszło nowe bogac­two. Można powiedzieć, że w geście offertorialnego przygotowania zaczynamy od Nazaretu i od tego momentu podążamy – w kanonie – aż do Golgoty, ażeby w Komunii dojść wreszcie do wydarzenia Zmartwychwstania. Myślę, że jeśli te nowe dawne modlitwy tak rozumiemy, to mogą one się stać dla nas wspaniałym skarbem, posiadanym w jedności z ziemskim życiem Jezusa, w zjednoczeniu z oczekiwaniem Izraela i we wspólnej drodze z Nazaretu do Golgoty, aż do godziny Zmartwychwstania.

Drugi zarzut, który chcemy tu rozważyć, dotyczy Komunii przyj­mowanej: na kolanach – stojąc, na rękę – do ust. Otóż najpierw chciałbym powiedzieć, że obydwie postawy są możliwe i wszyst­kich kapłanów proszę o tolerancję, respektującą decyzję każdego. Chciałbym też wezwać wszystkich kapłanów do okazywania takiej pojednawczej postawy i nielekceważenia nikogo decydującego się tu na konkretną formę. Zapytacie jednak: Czy tolerancja jest tu właściwą odpowiedzią? Czy w tej najświętszej czynności nie jest ona niestosowna? I znowu: wiemy, że do IX wieku Komunię przyjmo­wano, stojąc i na rękę. Nie znaczy to, rzecz jasna, że zawsze musiało tak pozostać, bo o wielkości i pięknie Kościoła decyduje także moż­ność rozwijania się, dojrzewania i głębszego rozumienia Tajemnicy. Dlatego nowy etap rozwoju, który rozpoczął się po IX wieku jako wyraz głębokiego szacunku, był absolutnie uprawniony i uzasad­niony. Musimy jednak też powiedzieć coś innego: przez 900 lat Kościół nie sprawował Eucharystii w sposób niegodny. Gdy czytamy pisma ojców, widzimy, z jak wielkim szacunkiem przystępowali do Komunii. Szczególnie piękny tekst pochodzi z IV wieku z pism Cyryla Jerozolimskiego. W jednej z katechez opisuje postawę, jaką powinni mieć przyjmujący Komunię. Powinni podchodzić z rękoma tworzącymi kształt tronu, prawą dłoń kładąc na lewej, tak żeby były tronem dla Króla, a jednocześnie przypominały krzyż. Chodzi mu tu o symboliczny wyraz pełen piękna i głębi: ręce człowieka two­rzą krzyż, stający się tronem, na który zstępuje Król. Wyciągnięta, otwarta dłoń może w ten sposób stać się znakiem tego, że człowiek dąży do Pana, otwiera przed nim ręce, żeby się stały narzędziem Jego bliskości, tronem Jego miłosierdzia na tym świecie. Kto się nad tym zastanowi, przyzna, że fałszywe byłoby spieranie się tu o taką czy inną postawę. Spierać się trzeba i można o to przede wszystkim, o co Kościół przed IX wiekiem i po nim walczył, a mianowicie o bojaźń serca, które pochyla się przed tajemnicą Boga, oddającego się w nasze ręce. Nie powinniśmy przy tym zapominać, że nieczyste są nie tylko nasze ręce, lecz także nasz język i nasze serce oraz że językiem częściej grzeszymy niż rękoma. Największym ryzykiem, a jednocześnie wyrazem miłosiernej dobroci Boga jest to, że nie tylko ręka i język, lecz nasze serce może Go dotykać, a także to, że Pan wchodzi do naszego wnętrza i chce żyć w nas i z nami, chce się stać wewnętrznym centrum naszego życia i jego przemiany.

Pozwólcie, że dodam jeszcze na koniec kilka słów w sprawie ję­zyka. Także tutaj trzeba się zastanowić nad dwoma rzeczami, w któ­rych pozostawiona jest swoboda w podejmowaniu decyzji. Z jednej strony Kanon rzymski, używając tu podniosłego języka właściwego greckiemu światu, to, co dzieje się we mszy, nazywa rationabile obsequium – wydarzeniem słowa, wydarzeniem, w którym biorą udział duch i rozum. Słowo Boga chce przemówić do człowieka i być przez niego zrozumiane oraz otrzymać rozumną odpowiedź. Dlatego w Rzymie, przypuszczalnie w III wieku, kiedy greka nie była już powszechnie rozumianym językiem, w celebracji eucharystycznej dokonano przejścia od greki jako języka liturgicznego do łaciny. Jest tu jednak jeszcze inna kwestia.

Później Kościół zwlekał z wprowadzeniem do liturgii nowo powstających europejskich języków narodowych. Na początku dlatego, że przez długi czas nie osiągały wzniosłości i jednolitości koniecznych do sprawowania Eucharystii na większych obszarach, później dlatego także, że był przeciwny wszelkim formom nacjona­lizacji tej tajemnicy, chcąc również w języku wyrażać powszechność przekraczającą granice miejsca i czasu. Mógł pozostawać przy wspól­nym języku łacińskim, ponieważ wiedział, że w Eucharystii istotny jest także rozum, ale jest w niej jeszcze coś więcej niż rozum – że domaga się ona pełniejszego zrozumienia, bardziej dojrzałego i peł­niejszego od tego, które może zapewnić sam rozum, że tutaj musi rozumieć także serce.

Z powyższych rozważań wynika, że język ojczysty jest właści­wie uzasadniony. Niebezpieczny stałby się wtedy dopiero, gdyby Eucharystię chciano redukować do wymiaru narodowego, gdybyśmy chcieli przekładać teksty do tego stopnia, że pozostałoby tylko to, co jest bezpośrednio dostępne dla rozumu czy wręcz dla banalnej co­dzienności. W takich przekładach trzeba by dokonywać coraz więcej skreśleń, aż do zagubienia istoty rzeczy. Skoro tak jest, powinniśmy z wdzięcznością przyjąć jedno i drugie: normalnie mszę odprawia się w języku ojczystym, jednocześnie jednak nie powinniśmy zanie­chać odprawiania i kochania jej w tym języku, który był przez całe wieki wspólnym językiem Kościoła, by w ten sposób – w tym tak bardzo zmiennym świecie, kiedy narody ciągle spotykają się ze sobą i przenikają wzajemnie – móc ją celebrować także wspólnie i w niej razem chwalić żywego Boga. Także tutaj powinniśmy przezwyciężyć bezowocne kontrowersje i stawać się jedno w wielości, którą nam zostawił w darze Pan – jedno w poznawaniu i miłowaniu tego, co rozumne i zrozumiałe, ale także tego, co niezmierzone i przewyż­szające rozumność bezpośrednio nam dostępną.

Pozwólcie mi na koniec opowiedzieć związaną z tym krótką historię Marcina Bubera. Widoczna jest w niej wartość poznania ro­zumowego, jest ona jednak równocześnie wspaniałą pochwałą więk­szych możności rozumiejącego serca. Marcin Buber opowiada, jak rabin Icek Levi z Berdyczowa przyszedł pewnego dnia do karczmy, w której nocowało wielu kupców. Rano odmawiali pacierz. Okazało się jednak, że były tylko jedne filakterie, które zgodnie z żydowską tradycją trzeba nakładać do porannej modlitwy. Przekazywano je więc sobie, a ze względu na to, że zabierało to dużo czasu, odma­wiano modlitwę tak szybko, że większości słów nie można było zro­zumieć. Rabbi przyglądał się temu z coraz większym zdziwieniem, a kiedy skończono się modlić, zwrócił się do jednego z młodszych, mówiąc po prostu: „Ma–ma–ma, wa–wa–wa”. Zdziwieni popatrzyli na niego i zapytali: „Czego właściwie chcesz?”. W odpowiedzi znowu usłyszeli tylko: „Ma–ma–ma, wa–wa–wa”. W końcu – zupełnie słusz­nie zresztą – uznali go za wariata. On jednak powiedział im: „Jak to? Nie rozumiecie tego języka? A przecież przed chwilą mówiliście w nim do Pana Boga”. Po chwili zakłopotania jeden z nich odpowie­dział: „Czy nie widzieliście dziecka leżącego w kołysce, które jesz­cze nie potrafi mówić? Czy nie słyszeliście różnych dochodzących od niego dźwięków: ma–ma–ma, wa–wa–wa? Żaden mędrzec ani uczony nie potrafi tego zrozumieć. Gdy jednak pojawi się mama, od razu zrozumie, co znaczą te odgłosy”. Historia ta nie jest apologią paplaniny, uświadamia nam jednak, że jest coś takiego jak rozumienie sercem, które wykracza poza rozumienie samych słów. O to rozumienie sercem powinniśmy się przede wszystkim starać, ażeby pełne treści były także nasze słowa i żebyśmy mogli godnie wychwalać żywego Boga.

Na podstawie: Joseph Ratzinger, Opera omnia. Teologia Liturgii, Wydawnictwo KUL, Lublin 2012.

Udostępnij Tweet