Posłuszeństwo – o. Jacek Zdrzałek CSsR

Może to dziwnie zabrzmieć, ale rada posłuszeństwa jest „trochę inna” niż dwie pozostałe rady (czystość, ubóstwo), które obierają konsekrowani. Historia pokazuje, że można mieć z nią spore problemy, ale czy tylko dlatego, że różni się ona od pozostałych? W czym tkwi ta „inność”?

 

Jakie posłuszeństwo?

Pierwsza zasadnicza różnica polega na tym, że posłuszeństwo nie stanowi przedmiotu bezpośredniej zachęty ze strony Jezusa i nie zostało wyliczone wśród ośmiu błogosławieństw. Na próżno zatem szukać go wśród rad ewangelicznych. Jak zauważa Sobór Watykański II, posłuszeństwo wypływa z przykładu Chrystusa (por. KK 42). Tak więc nie tyle nauka Jezusa, nie tyle osiem błogosławieństw, ile spojrzenie na całe Jego życie pomoże nam dotrzeć do istoty tej rady. Posłuszeństwo jako rada wywodzi się z faktu, że Jezus w specjalny sposób powo­łał niektórych ludzi, aby poszli za Nim, a więc naślado­wali Go, a zatem żeby naśladowali Jego posłuszeństwo. Skoro Jezus przez posłuszeństwo zbawił świat i skoro jest ono wzorem dla wszystkich osób konsekrowanych, to wezwanie do naśladowania Mistrza byłoby czymś bez­sensownym, gdyby nie uwzględniało tej tak oczywistej cechy Syna Bożego.

Druga różnica polega na tym, że posłuszeństwo – mó­wiąc obrazowo – jest zbyt „wielkie”, czyli obejmuje więk­szość naszego życia, a właściwie jego całość. W posłu­szeństwie wydaje się nam, że „tracimy” coś najbardziej naszego – nie jakąś sferę czy część naszego życia, ale właśnie jego całość. W pewnym sensie pozbawiamy się możliwości decydowania o sobie. Osoba konsekrowana, składając ten ślub, wyrzeka się już nie tyle swej własności (jak w ślubie ubóstwa) czy swego ciała (jak w ślubie czy­stości), lecz tego, co stanowi najtajniejsze sanktuarium jej ducha, czyli prawa do kierowania swym życiem, ko­rzystania z wolności według własnego upodobania. Ta rzeczywistość jest tym, co w nas najbardziej osobiste i nienaruszalne. Gdy żyjemy ślubem posłuszeństwa, oddajemy Bogu rdzeń swego człowieczeństwa, czyli naszą wolę, która leży u podstaw każdego naszego działa­nia.

Aby poznać znaczenie posłuszeństwa osób konsekro­wanych, trzeba na początku przeprowadzić trochę ogól­niejsze rozważania. W Biblii każdy grzech uważany jest za pewne nieposłuszeństwo. Tak było od samego po­czątku. Pokusa z raju: „Tak jak Bóg będziecie znali do­bro i zło” (Rdz 3, 5), może być przecież tłumaczona: „To ja stanę na miejscu Boga. Nie będę musiał słuchać Boga. Nie będę musiał być posłuszny poleceniom, nawet gdyby dotyczyły one tylko jednego drzewa w raju”. Taki wła­ściwe był sens grzechu pierworodnego. W Starym Te­stamencie jednym z najczęstszych wezwań kierowanych przez Jahwe do narodu wybranego jest Szema Izrael (Słu­chaj, Izraelu). Słuchaj, czyli bądź posłuszny.

Posłuszeństwo względem Boga zawsze zawiera dwie rzeczywistości. Z jednej strony musi być poznanie woli Boga (trzeba wiedzieć, czemu ma się być posłusznym), a z drugiej chodzi o dochowanie wierności w jej wypeł­nianiu.

Podczas katechez z młodzieżą szkół średnich zadzi­wiło mnie, jak wielu młodych ludzi było wręcz załama­nych, dowiadując się, że aby zgrzeszyć, trzeba między innymi mieć świadomość, iż dana rzeczywistość jest przekroczeniem woli Boga. Świadomość jest jednym z elementów niezbędnych, aby uznać coś za grzech. Niby w żartach – ale jednak z żalem – mówili: „Po co się tego uczymy, przecież gdybyśmy nie znali woli Bożej, to hulaj dusza, piekła nie ma”. To prawda, ale i niebo nie byłoby celem i nie poznałoby się tego, co jest najpiękniejsze, czyli rzeczywistości Boga. To tak jakby mieć w zasięgu ręki skarb, o którym się w ogóle nie chce wiedzieć.

Gdy jeszcze w Telewizji Polskiej emitowano magazyn katolicki „Czasy”, pokazano w nim migawkę z sympo­zjum poświęconego relacji między nauką a wiarą. Jeden z zaproszonych profesorów, wypowiadając się na ogól­niejszy temat, stwierdził: „Jeśli chcesz kochać Boga, to musisz przestrzegać Jego przykazań. Jak chcesz okazać miłość, to nie robisz osobie kochanej na złość”. To takie proste i w Ewangeliach stale się o tym mówi (np. J 14, 23–24). Miłość polega na wierności. Trzeba przyznać, że z jednej strony wiemy o tym, ale z drugiej jakoś ciężko pozbawić się możliwości decydowania, gdyż uważamy to za zbyt cenną część naszej osobowości.

***

Ponieważ jesteśmy towarzyszami Chrystusa Odkupiciela, wy­rzekamy się dysponowania własnym życiem, samokierowania naszym życiem i działaniem, chociaż to jest istotne cechą ludz­kiego bytu. Wyrzekamy się siebie, ażeby wypełnić jedynie, całko­wicie i bezpośrednio wolę Zbawiciela, tak jak Chrystus wypełnił wolę Ojca. Czyż nie jest to pewnym, że kiedy jesteśmy posłuszni przełożonym i konstytucjom, pełnimy wolę Ojca, jak tego przy­kład dał nam Chrystus posłuszny aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej? (Paul Hitz CSsR)

Posłuszeństwo jest aktem wiary w prawdziwą obecność Boga w życiu danej osoby, która wyraża się poprzez przełożonych i ro­zeznanie wspólnoty (Ratio Formationis Generalis CSsR, nr 32).

***

Czym jest posłuszeństwo?

Ilu zakonników – tyle różnych sposobów podejścia do posłuszeństwa. Czy istnieje jakiś wspólny mianownik dla przeszło miliona osób konsekrowanych, które obec­nie żyją na świecie? Jakiś powinien być, bo choć zupełnie inaczej wygląda posłuszeństwo na przykład u redempto­rystów czy jezuitów, a inaczej u eremity czy członka in­stytutu świeckiego, to coś przecież musi ich łączyć.

Choć posłuszeństwa nie wymienia się obecnie na pierwszym miejscu wśród trzech rad, które ślubują kon­sekrowani, to często przypisuje mu się pierwszeństwo w całopalnej ofierze profesji zakonnej. Posłuszeń­stwo dla Jana Pawła II jest bowiem „fundamentalną za­sadą” charakteryzującą misję Jezusa. Niektórzy ślub ten nazywają nawet „najdonioślejszym ślubem”. Eks­pert w sprawach życia zakonnego na Soborze Watykań­skim II o. Elio Gambari twierdzi, że „posłuszeństwo jest streszczeniem całego życia zakonnego”. Św. Augustyn nazywa je matką i stróżem wszystkich cnót, a templa­riusze twierdzili, że „nic nie jest bardziej drogie Jezusowi Chrystusowi aniżeli posłuszeństwo”.

Spotykać można obecnie wiele różnych definicji po­słuszeństwa (łac. oboedientia). Według dekretu sobo­rowego Perfectae caritatis (nr 14) przedmiotem za­konnego posłuszeństwa jest pełne oddanie swojej woli, motywacją – ofiara z siebie złożona Bogu, mocą i wartością – bardziej stała i pewna komunia ze zbaw­czą wolą Boga, wzorem – Jezus Chrystus, wyrazem – poddanie się przełożonym jako przedstawicielom Boga, wymiarem społecznym – służba wszystkim braciom, wymiarem eklezjalnym – ściślejsza więź w celu służenia Kościołowi, a celem – osiągnięcie peł­nej miary dojrzałości Chrystusowej.

W posłuszeństwie niektórzy akcentują to, co się w nim traci, a inni to, co można przez nie zyskać. I tak, posłu­szeństwo poświęcone Bogu w ujęciu negatywnym oznacza wyrzeczenie się własnej woli zakonnika i pod­danie jej prawowitemu przełożonemu ze względu na Boga, w sprawie doskonałości i – co warto dodać – ponad miarę przykazania. W dawnych słownikach zakonnych pojawiały się specjalne terminy, na przykład „posłuszeń­stwo trupa”, „ślepe” czy „bezmyślne” posłuszeństwo. Tak właśnie żartobliwie określano cnotę, dzięki której za­konnik bez żadnego sprzeciwu pozwalał się przerzucać przełożonemu z miejsca na miejsce czy z jednego zajęcia w drugie. W ujęciu pozytywnym posłuszeństwo jest to pełne poświęcenie własnej woli Bogu, zjednoczenie jej z Jego zbawczą wolą i jeszcze wierniejsze upodobnienie się do posłusznego Chrystusa (KK 42, 4; PC 14, 1).

Za główny wzór posłuszeństwa Ojciec święty Jan Pa­weł II stawia osobom konsekrowanym Jezusa, który stał się posłuszny aż do śmierci (por. RD 13). Warto zazna­czyć, że w Nowym Testamencie mniej się mówi o posłu­szeństwie Jezusowi niż o posłuszeństwie Jezusa. Ponadto według Ewangelii Jezus nie tylko „czyni”, lecz „jest po­słuszeństwem” Ojcu. Dla osób konsekrowanych posłu­szeństwo jest uczestnictwem w doświadczeniach posłu­szeństwa Jezusa (por. VC 18), w których musi się znaleźć miejsce na doświadczenie Ogrójca: „Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26, 39). Co prawda Ewangelie mó­wią nam o posłuszeństwie Jezusa, ale jak dokładnie ma wyglądać ten aspekt synowskiego oddania Ojcu w na­szym życiu? Bardzo dobrze, że to właśnie Jezus przez swoje posłuszeństwo zbawił świat, bo my ze swoim po­słuszeństwem musimy się wielokrotnie solidnie moco­wać. I choć mówimy, że pierwszej konsekrowanej, czyli Maryi – prawdziwemu człowiekowi – udało się zrealizo­wać doskonale ten ideał, to zaraz usprawiedliwiamy się, że Ona była Matką Boga.

Jan Paweł II powiedział do sióstr miłosierdzia: „Po­słuszeństwo zakonne jest bez wątpienia tym najbardziej ostrym spośród trzech złotych gwoździ, które jednoczą z wolą Jezusa Chrystusa wszystkich Jego naśladowców”. Najbardziej ostry gwóźdź, co prawda, najszybciej prze­bija się przez płaszczyznę (i dlatego początkowo mniej boli), ale też najgłębiej się zanurza. Każdy może za Św. Augustynem zawołać: „Panie, daj mi siły, abym uczynił wszystko, czego żądasz, a potem żądaj ode mnie, czego chcesz”. Łatwiej jednak zawołać, niż przejść do czynów.

***

Niech [przełożeni] wdrażają współbraci do tego, ażeby w peł­nieniu obowiązków i w podejmowaniu zadań współpracowali przez posłuszeństwo aktywne i z poczuciem odpowiedzialności (Konstytucja CSsR 72).

***

Posłuszeństwo niejedno ma imię

O ile oficjalne pojawienie się ślubowania rady czysto­ści czy ubóstwa jako osobnego ślubu odnajdujemy po pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa, to posłuszeństwo było praktykowane w życiu konsekrowanym od samego początku, choć przybierało różne formy.

Gdy patrzy się na życie pustelników z III i IV wieku, zauważyć można, że ideał anachoretyczny (pustelniczy) streszczał się w pokorze. Trzeba było nie lada pokory, aby zostać słupnikiem jak Szymon, który spędził na słu­pie 37 lat, czy, jak Euzebiusz, mnichem niosącym na pa­miątkę kajdan męczenników łańcuchy ważące aż 60 kg, czy rekluzem zamurowanym w swym domku przez wiele lat, czy też dendrytem jak mnich Dawid z Tesaloniki, który spędził trzy lata na drzewie migdałowym. Pokora była dla anachoretów czymś bardzo istotnym.

W pierwszych wspólnotach zakonnych, które po­wstały w IV wieku, właśnie posłuszeństwo było uwa­żane za cenobityczną formę pokory. Tak stwierdza Re­guła Pachomiusza, która była pierwszą próbą spisania i unormowania życia zakonników (I poł. IV wieku). Dla Pachomiusza cechą mnicha było posłuszeństwo, które miało być nie tyle celem samym w sobie, ile środkiem do zbawienia dusz, „przez” nie i „w” nim. Św. Hieronim, opisując życie mnichów pachomiańskich, zauważa, że pierwszą ich zasadą jest posłuszeństwo starszym i wy­konywanie ich rozkazów. Za najdrobniejsze uchybienie względem posłuszeństwa mnich był od razu wyrzucany z klasztoru. Warto jednak zaznaczyć, że mimo tak radykalnego podejścia do tej kwestii pod koniec życia Pa­chomiusza podlegało mu dziewięć klasztorów po kilka tysięcy mnichów w każdym.

Cenobityczne posłuszeństwo różniło się od tego prak­tykowanego na pustyni dwoma aspektami. Po pierwsze, obowiązywało ono przez całe życie, a po drugie, angażo­wało całą wspólnotę. Jego treść miała większe znaczenie niż na pustyni, gdzie jakiś absurdalny nakaz mógł mieć wartość wychowawczą. We wspólnotach zaś tylko pra­wowici przełożeni mogli wydawać rozkazy, te zaś mu­siały być zgodne z regułą i dobrem ogółu.

Benedyktyni w swych wspólnotach składali trzy śluby, wyrażane poprzez posłuszeństwo, nawrócenie obycza­jów (inaczej „poprawę”, „przemianę obyczajów”, czasami używa się określenia „życie w cnotach monastycznych”) oraz stałość (RB 58, 17). Czystość i celibat nie stanowiły oddzielnego ślubu, bo zawarte były w conversatio morum, czyli w zachowaniu obyczajów monastycznych. W tej Regule mamy już wyraźny ślub posłuszeństwa (ok. 540).

Ojcowie Kościoła twierdzili, że właściwie jest tylko jeden ślub – posłuszeństwa. Jeżeli jest zachowywany, to wszystkie inne rzeczywistości będą w życiu na właści­wym miejscu. Jan Paweł II, zwracając się do osób konsekrowanych, czasami mówił o triadzie zakonnej: czystości, ubóstwie i właśnie pokorze (por. VC 102). Pokora ma więc swoje drugie imię – posłuszeństwo. Często też w tej triadzie rad mówi się zamiast o posłuszeństwie o „uległości” (PC), o „poddaniu się woli Bożej” (Paweł VI) czy o „służbie” (Instrukcja Rozpoczęć na nowo od Chrystusa).

***

Polecam także umiłowanie ubóstwa i proszę wszystkich, aby wzięli sobie do serca, że występowanie przeciwko dwóm cnotom: ubóstwu i posłuszeństwu, nie jest i nigdy nie będzie tolerowane w Zgromadzeniu, dlatego jeśli praktyka tych dwóch cnót zosta­nie zaniedbana, duch Zgromadzenia zostanie całkowicie za­przepaszczony, i to będzie koniec (Św. Alfons Liguori).

***

Trudności w posłuszeństwie dawniej

Od momentu zdecydowania się na życie zakonne kandydat musiał przejść „pewną szkołę posłuszeństwa”. Próbę względem tych, którzy mieli zamiar wstępować do wspólnot zakonnych, dawniej określano terminem opprobria. Chodziło w pewnym sensie o zniechęcanie kandydatów, po to by przekonać się, czy rzeczywiście mają powołanie zakonne, a nie jakąś chwilową fantazję. Chciano ich po prostu postraszyć i w ten sposób ewen­tualnie sprowokować szczerą reakcję. Piętnastowieczny komentator Reguły Św. Benedykta Jan Torqemada poda­wał przykład takiego odstraszania, który w tłumaczeniu sporządzonym dla benedyktynek chełmińskich brzmiał następująco: „Siostra, której goście zlecono, dla doświad­czenia może tej, która prosi, aby ją przyjęto, mówić słowa niektóre, które by umysł ludzi niecierpliwych mogły ry­chło wzruszyć i uczynić niespokojne. Na przykład: Córko abo siostro, a któż to wie, coś ty zacz? Możesz ty być czyja poddana albo zbieg klasztora którego? A nie pokradłaś kędy czego? (…) K temu barzo ja się boję, że cię prędko to nabożeństwo ominie, które się zdasz mieć: wydmie ciebie jako plewę, lada wiatr z klasztora! Nie wiem też, co będzie po tobie, gdyż tu wszystko, co każą, nielekko – a ty rączki masz jedwabne! Abo co temu podobnego mówić jej może”.

W regule brygidek nakazywano odsyłać kandydatkę od furty klasztornej przez cały rok, a przyjąć dopiero, gdyby się tym nie zraziła. Bardzo dużo legend krążyło o specjalnym dawaniu nonsensownych poleceń, aby sprawdzić, czy ktoś nadaje się do zakonnego posłuszeń­stwa czy też nie.

W przeszłości za wzór posłuszeństwa uważano nie­kiedy tzw. ślepe posłuszeństwo, które zakładało pełną uległość przełożonemu (bez żadnego „ale”). Zakładało ono również całkowitą akceptację jego punktu widze­nia, ze względu na pełnienie przez niego funkcji zastępcy Boga. Przełożony był obdarzony łaską stanu, pozwalającą mu najlepiej osądzać sprawy i je koordynować. Jednak już na samym początku życia wspólnego pierwsza re­guła zakonna (Pachomiusza) dopuszczała arbitraż mię­dzy przełożonym domu i bratem w przypadku różnicy zdań. Można było więc dochodzić swego punktu wi­dzenia, przy czym każdy mnich musiał przyjąć z posłu­szeństwem ostateczną decyzję.

Wszystkie te wzmianki wskazują na to, że w tym względzie pojawiały się czasami problemy. Stosowano surowe kary za łamanie zasady posłuszeństwa, a w daw­nych klasztorach znajdowały się nawet karcery. Reguła Kolumbana wylicza kary za poszczególne przejawy nie­posłuszeństwa. W niej obok Reguła monachorum znaj­duje się specjalny penitencjał zakonny, tzw. Reguła caenobialis. W Regule Pachomiusza zapisano natomiast, że jeśli ktoś jest nieposłuszny, zostanie upomniany 10 razy, aby się poprawił z wad. Jeśli nie zechce posłuchać, będzie ukarany wedle praw klasztoru.

W Regule św. Benedykta znaleźć można stwierdze­nie: „Niech nikt nie śmie spierać się ze swoim opatem zuchwale lub poza klasztorem” (RB 3, 9). Zawarte jest w niej również ostrzeżenie dla opata, aby zawsze pa­miętał, „że przed budzącym bojaźń trybunałem Bożym będzie odpowiadał za dwie sprawy: za własną naukę i za posłuszeństwo swoich uczniów” (RB 2, 6). Przełożony miał więc zawsze nie lada problem, jak wyuczyć posłu­szeństwa we własnej wspólnocie. Tak więc ilu było w hi­storii przełożonych, tyle szkół posłuszeństwa.

***

Prawdopodobnie większość tych, którzy składali profesję przed rokiem 1960 (a zapewne wielu z innych po tej dacie), uważało, że czynili to o wiele bardziej, dając od siebie i rezygnu­jąc, niż otrzymując. U wielu dominowała idea, że dają teraz, by otrzymać o wiele więcej w Niebie. Takie postawy odnośnie do zakonnej profesji ukazują wysoce „naturalną” mentalność w relacji do Boga bardziej niż daną Mu osobistą odpowiedź. Nawet gorzej: niekiedy były przypadki swego rodzaju negocja­cji z Bogiem; był ludzki wysiłek „kupienia” sobie Nieba w za­mian za czystość, ubóstwo i posłuszeństwo. Taka postawa jest w zasadzie pelagiańska. Zawiera bardzo negatywny sposób ro­zumienia ślubów i wyolbrzymia znaczenie ludzkich wysiłków (John O’Donnelł CSsR).

***

Twardy orzech do zgryzienia

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi ludzie. Obecnie do posłuszeństwa można i powinno się podchodzić trochę inaczej niż w przeszłości. Często jednak pod przykrywką odnowy życia zakonnego traci się to, co istotne. Czasami można nawet stracić cały ślub posłuszeństwa. Odcinając się radykalnie od form posłuszeństwa w przeszłości, za­pomina się określić nowe sposoby praktykowania tej rady. W tej sytuacji powoli się ona rozmywa, a po pew­nym czasie pozostaje po niej już tylko namiastka albo pusta przestrzeń do zagospodarowania.

Ks. Kazimierz Wojtowicz i ks. Bernard Hylla, wyda­jąc komentarz do soborowego dekretu dotyczącego od­nowy życia zakonnego, napisali, że „temat posłuszeństwa był od początku do końca obrad soborowych orzechem trudnym do zgryzienia”. No właśnie – dlaczego? Czy tylko dlatego, że Kościół wtedy bardzo się zmieniał i czasy odnowy wymagały bardzo radykalnych decyzji? Czy zakonne posłuszeństwo, tak jak było ono rozumiane przed Soborem, nie nadawało się do nowych czasów? Czyjego metody nie przystawały do teologii kładącej tak wielki nacisk na szacunek dla człowieka, jego poglądów i sposobów realizacji siebie?

Obecnie pojawiają się specjalne dookreślenia posłu­szeństwa. W konstytucjach redemptorystów mowa jest na przykład o „posłuszeństwie aktywnym i z poczuciem odpowiedzialności”. Można też spotkać terminy posłu­szeństwo „dialogalne”, „zaangażowane”, „ewangeliczne”, „czynne”, „świadome” i inne. Zakonne posłuszeństwo stawiane jest we wszelkich współczesnych oficjalnych dokumentach Kościoła na bardzo wyeksponowanej pozycji. Nie od dziś bowiem wiadomo, że kłopoty z tą radą zaczynają się w momencie, kiedy przełożony w od­powiedzi na jakąś prośbę powie po raz pierwszy dziw­nie brzmiące „nie”. Wtedy dopiero tak naprawdę zaczyna się refleksja nad własnym posłuszeństwem. Można wy­mieniać wiele trudności związanych z praktykowaniem ślubu posłuszeństwa, najczęściej jednak mówi się o kry­zysie autorytetu, fałszywym pojęciu własnej wolności oraz o złym rozumieniu własnej godności.

Kryzys autorytetu

Benedyktyn o. Ludwik Mycielski podczas dnia sku­pienia przed Kapitułą Prowincjalną Redemptorystów powiedział, że już „co najmniej od czasów Kartezjusza człowiek zaczął się koncentrować na sobie samym, ule­gając subiektywizmowi i stając się coraz bardziej indy­widualistą”. Coś w nas takiego jest, że chcemy być alfą i omegą. Może dlatego, że we współczesnym świecie ci, którzy powinni być dla nas autorytetami, już nimi nie są. Nawet najszczytniejsze zapewnienia o tym, że dla do­bra narodu, ludzkości czy świata zapomną o swoich ko­rzyściach i przywilejach, po krótkim czasie okazują się deklaracją niemającą pokrycia w czynach. Tak wiele na­dziei pokładanych w ludziach zakończyło się rozczaro­waniem. Czy więc może dziwić fakt, że ten, kto zawiódł się na stawianych wysoko na piedestale autorytetach, ma w zakonie problemy z posłuszeństwem? Czy może dzi­wić to, że wieloletnia propaganda i niektóre współczesne wydarzenia każą z dużą rezerwą podchodzić do autory­tetu niektórych rodziców, nauczycieli, księży itd.?

W tej sytuacji można spotkać się z postawą wręcz krzyczącą, że przecież „ja nie jestem gorszy od innych”, a ci stojący nade mną nie mają żadnej pewności, że wie­dzą więcej i lepiej. Czy władza jest nieomylna i czy wie, co dla mnie lepsze? Niestety, taki sposób myślenia wkrada się wszędzie, nawet do wspólnot życia konsekrowanego. Czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na wiarę, na duchowe spojrzenie, które zakłada istnienie czegoś wię­cej poza fizyczną rzeczywistością?

Ciekawe, że posłuszeństwo i władza są ze sobą ściśle powiązane jako różne aspekty tej samej rzeczywistości. Są one bowiem środkami do osiągnięcia jednego: zjed­noczenia się ze zbawczą wolą Boga. Wydawałoby się, że to dwie przeciwne strony barykady, a faktycznie jest to ta sama rzeczywistość oglądana z różnych perspektyw. Dla­tego słusznie dekret Perfectae cariatis zestawia i razem omawia posłuszeństwo i sprawowanie władzy (nr 14).

Fałszywe pojęcie wolności i wyzwolenia

Św. Paweł pisze: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” (1 Kor 6, 12). Wydaje się, że dziś już wszystko nam wolno. W teologii moralnej stosuje się rozróżnienie mówiące o „wolności od” i „wolność do”. Zagadnienie to jest szeroko omawiane ostatnimi laty, bo coraz częściej wychowawcy i formatorzy uświadamiają sobie, że „wolność od” (przepisów, przykazań, zobowią­zań, wymagań, od tego, co kosztuje i wymaga wysiłku) prowadzi do tragedii, a w najlepszym wypadku, po pierw­szych fascynacjach i zachwytach, do utraty smaku życia.

W upomnieniach Pachomiusza zapisano, że „ze wszyst­kich nieszczęść jest rzeczą najgorszą opierać się prawu Bo­żemu i wypełniać swoją wolę. Ten bowiem, który wypełnia swoją wolę, jest pozbawiony poznania Boga, a wypełniając ją, nie będzie mógł wejść na drogę świętych, zaś w dniu ostatecznym znajdzie zgubę i płacz”.

Kilka lat temu, w Stanach Zjednoczonych, dane mi było modlić się na pogrzebie młodej kobiety, która przedawkowała narkotyki. Na pogrzeb w asyście policji przyjechał brat zmarłej, odsiadujący wieloletnią karę za zabójstwo i gwałty. Po Komunii św. jest w tamtym kraju czas na tzw. pochwałę. Ktoś z członków rodziny podcho­dzi do pulpitu i opowiada o zmarłej osobie. Wtedy wła­śnie wyszedł z ławki ów więzień i wbrew zwyczajowi nie mówił o swej siostrze, ale zaczął recytować dziesięć przy­kazań. Gdy skończył, powiedział: „Popatrzcie teraz na mnie i na moją siostrę. Jesteśmy przykładem, że nie kie­rowaliśmy się tymi przykazaniami. Dobrze patrzcie, do czego doprowadziło nas nasze życie. Proszę, nie popra­wiajcie Pana Boga, bo to do niczego dobrego nie prowa­dzi”. Po tych słowach odszedł od pulpitu. Było to chyba jedno z bardziej przejmujących wystąpień, jakie usłysza­łem w życiu na temat posłuszeństwa względem Boga.

Każdy jednak chce tworzyć własną drogę do szczę­ścia. Wszędzie można się spotkać z problemem indy­widualizmu. Słynny wers „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem…” również często aktualizuje się w naszych wspólnotach, prowincjach i instytutach. W wyborach dokonywanych przez wielu młodych ludzi widać nie­właściwe doświadczenie „wolności”. Daleka od podpo­rządkowania się obiektywnej i powszechnej prawdzie wolność przeżywana jest jako ślepe uleganie instynktom oraz żądzy władzy (por. PDV 8). Kultura wolności sta­nowi autentyczną wartość ściśle związaną z szacunkiem dla osoby ludzkiej. We współczesnym świecie obecny jest ogrom niesprawiedliwości i przemocy, które w życiu jed­nostek i narodów są konsekwencją złego używania daru wolności. Dokumenty Kościoła mówią, że skuteczną od­powiedzią na tę sytuację jest posłuszeństwo właściwe dla życia konsekrowanego (por. VC 91). Posłuszeństwo przeciwstawia się bowiem aktualnym prądom występu­jącym w świecie związanym z buntem, pychą, próżnością i przemocą.

Mówi się, że młodzi ludzie mają posłuszeństwo na­znaczone „wolnością bez granic”, a pokolenie osób konsekrowanych w tzw. średnim i trzecim wieku ma poglądy skażone czasem komuny. Wszyscy jesteśmy dziećmi czasów, w których żyjemy. Wielu z nas pamięta żelazną kurtynę, brak podstawowych swobód obywatel­skich, a przede wszystkim najbardziej zniewalającą nas niemożność decydowania o sobie, o swym kraju, o tym, co można mówić i czego słuchać, o tysiącu drobnych spraw, które w sumie składają w jakimś sensie na naszą wolność. Jak więc można po odzyskaniu tej wolności znowu, tym razem już świadomie i dobrowolnie, pozba­wiać się tego daru?

Dziwne, ale to właśnie z woli Jezusa ustrój Kościoła nie jest demokratyczny, lecz hierarchiczny. Może właśnie dlatego Kościół wciąż istnieje. Nie chodzi o to, że demo­kracja jest czymś złym, ale nie wszędzie i nie we wszyst­kich warunkach jest ona najlepsza. W jednej z rozgło­śni radiowych redaktor, nazywając siebie „wierzącym niepraktykującym”, chciał przypodobać się Kościo­łowi i twierdził, że Kościół przeszedł wielką i wspaniałą drogę, że jest on teraz prawdziwie demokratyczną wspól­notą. Tak do końca nigdy nią nie będzie, choć z drugiej strony wiele mechanizmów demokracji jest w nim obec­nych – dzięki Bogu. Jednak Kościół nigdy nie zgodzi się, aby w drodze demokratycznych wyborów czy referen­dum decydować na przykład o prawdach moralnych: czy można zabijać, czy można dokonywać aborcji, eutanazji itd.? Boża nauka to nie kwestia przyjęcia jej za pomocą demokratycznych decyzji, bo człowiek nigdy nie był, nie jest i nie będzie kimś równym Panu Bogu.

Złe zrozumienie własnej godności

Każdy z nas w czymś nie domaga i coś musi zmie­niać w swym życiu. Powinna to być prawda oczywista dla każdego. Gdy jednak szczegółowo podchodzi się do sprawy, nie jest to już takie bezdyskusyjne. Jedna z zasad formatora mówi, że jeśli mi na kimś zależy, a widzę, że coś nie gra, mówię mu o tym wprost. Innymi słowy, jeśli ktoś się mnie „czepia”, to może jeszcze mu na mnie za­leży. Najgorsza jest przecież obojętność, która jest przeci­wieństwem miłości. Upomnienie zaś może być przecież przejawem szacunku.

Braterskie upomnienie jest nadal jedną z podstawo­wych zasad, o których wspominają dokumenty Kościoła. Przy wszystkich zmianach, jakie zaszły po ostatnim so­borze, chyba jednak zatracono jej istotę. Zatracono może nie tyle same napomnienia, bo czasami można być na­pomnianym nawet bardzo brutalnie, ale zagubiono „bra­terskie” napomnienie, pod wpływem którego coś może się zmienić. Problem w tym, że nawet braterskie zwraca­nie uwagi traktuje się jako zamach na godność osobistą. A przecież do formacji kapłańskiej czy zakonnej należy odważne dawanie upomnienia braterskiego, a także go­towość przyjęcia go.

W historii życia zakonnego zaskakuje to, że daw­niej we wspólnocie było mnóstwo specjalnych funkcji, które miały korygować złe relacje, zachowania, niewła­ściwe wybory itd. Poprawiano nawet przełożonych (było to zadanie na przykład admonitora), choć oczywiście ze względu na to, że był tylko jeden przełożony, a wielu podwładnych, więcej też było funkcji mających zauwa­żyć „uchybienia” maluczkich. W średniowieczu służył temu w zakonach męskich urząd investigatora, a w żeń­skich była na przykład serwelantka u wizytek, strażniczka u brygidek czy cyrkatorka u norbertanek. Do niedawna byli lub jeszcze gdzieniegdzie są tzw. zelatorzy itd. Nie chodziło jednak jedynie o karcenie. Św. Benedykt w swej Regule mówi o tzw. sympektach. Sympekci (łac. senpectae) byli to mądrzy starsi mnisi, których zadaniem było dyskretnie podnosić na duchu chwiejnego współ­brata, skłaniając go do pokornego zadośćuczynienia za popełniony błąd, a jednocześnie pocieszać, by nie popadł w straszliwy smutek.

Dziś jednak trudno nam przełknąć te funkcje. Chyba zaczyna się problem z pokorą, którą patriarcha życia mniszego na Zachodzie już dawno temu kazał zdobywać aż poprzez 12 stopni (RB 7).

***

Jeżeli do waszych wspólnot przeniknie pokusa dostosowania się do panującej obecnie kultury i stylu życia, to istnieje niebez­pieczeństwo osłabienia waszego ducha zakonnego oraz zapału ewangelizacyjnego (Jan Paweł II).

***

Moc posłuszeństwa

„Wasza Świątobliwość nakazała, jestem posłuszny. To jest autorytet, który rozkazując, uczynił owocnym moje posłuszeństwo. Otworzyłem usta, przemówi­łem i wkrótce szeregi krzyżowców pomnożyły się nie­skończenie. Miasta i zamki opustoszały”. Jest to fragment listu św. Bernarda z Clairvaux do papieża bł. Eugeniu­sza III. Bernard napisał te słowa miesiąc po tym, jak na polecenie papieża i wedle życzenia króla Francji Ludwika VII udał się do Vezlay, by ogłosić kolejną krucjatę do Ziemi Świętej. Moc słów św. Bernarda była tak wielka, że zabrakło krzyży, które miały być rozdane krzyżowcom.

Kiedy czyta się historie ojców pustyni, widać, że po­słuszeństwo dokonywało licznych cudów. Św. Antoni Wielki twierdził, że ujarzmia ono nawet dzikie zwierzęta. Wiele apoftegmatów mówi o posłusznych pustelnikom krokodylach czy lwach. Spotkać można opisy ukazujące ich przeprawiających się przez rzekę na grzbietach kro­kodyli albo przyjmujących od nich hołd. Nawet młodzi mnisi mieli moc rozkazywania dzikim osłom, aby nosiły ich tobołki. Wszystko to działo się dlatego, że mnisi na­prawdę wiedzieli, co to posłuszeństwo. To zachowanie świata przyrody było wynikiem jednej cnoty – cnoty po­słuszeństwa.

Po cóż sięgać daleko w historię. Mamy w Zgroma­dzeniu Najświętszego Odkupiciela przykład „niesamo­witego” posłuszeństwa jednego z braci zakonnych. Św. Gerard uczynił więcej cudów niż wielu świętych redem­ptorystów razem wziętych. W jego sanktuarium w Ma–terdomini we Włoszech całe ściany zalepione są opisami cudów, także tych współczesnych, dokonujących się nie­ustannie. A przecież św. Gerard to jedynie „posłuszny braciszek”, który wchodził nawet do pieca, gdy tego od niego wymagano.

Przeżywane i zachowywane z wiarą posłuszeństwo po­zwala konsekrowanym wznieść się ponad czysto prawną koncepcję relacji we wspólnocie chrześcijańskiej. Jedno­czy ono członków instytutu w tym samym świadectwie i w tej samej misji, choć zarazem każdy zachowuje róż­norodność swych darów i osobowości (por. VC 92). Tak zjednoczeni członkowie wspólnot odczuwają potrzebę możliwie najgłębszego włączenia się w duchową i apo­stolską działalność Kościoła.

Bez względu na specyficzne charyzmaty, jakie mają poszczególne instytuty, wszyscy zgodnie przyjmują, że jedność wspólnot, prowincji, a nawet całych zgromadzeń można uzyskać przez posłuszeństwo. Często mówi się o „łączności pomiędzy współbraćmi” jako o owocu po­słuszeństwa. Ta prawda znajduje wyraz w wielu doku­mentach poszczególnych zakonów. Dominikanie w od­nowionych konstytucjach przedstawiają zjednoczenie z Chrystusem i z Kościołem jako owoc posłuszeństwa, które jest jednocześnie zasadą jedności wspólnoty (art. 17, § 1). Jezuici przypominają, że „posłuszeństwo jest więzią jedności” i czyni ono z nich narzędzie w ręku Boga. Dekrety Kapituły Specjalnej karmelitów bosych mówią, że „władza i posłuszeństwo powinny podsycać komunię braterską w taki sposób, aby wszyscy współ­bracia mogli pielęgnować i cieszyć się duchem rodzin­nym…” (nr 39). Każdy instytut wie, że w posłuszeństwie tkwi siła, czasami tylko istnieją różne wizje dotarcia do jej źródeł.

Jak każda rada ewangeliczna, posłuszeństwo na płasz­czyźnie indywidualnej stwarza w osobie konsekrowa­nej pewne zdolności i uposaża ją w określone dary. Po­nadto posłuszeństwo pozostawia ślady i odniesienia poza osobą konsekrowaną. W konstytucjach redemptorystowskich mówi się o czterech owocach posłuszeń­stwa: o prawdziwym rozwoju osoby, o prawdziwej wol­ności dzieci Bożych, o zjednoczeniu z Chrystusem oraz o mocy apostolskiej, którą otrzymują misjonarze.

W osobach konsekrowanych posłuszeństwo rozwija umiejętność otwarcia się na drugiego. Umożliwia ono słuchanie tych, do których się wychodzi, jak i tych, któ­rzy sami szukają kontaktu. Jest więc to dar, który daje dostęp do innych ludzi, do ich serc i przemyśleń. Taki dostęp jest możliwy również dzięki temu, że sama osoba konsekrowana widzi siebie we właściwym świetle. Czło­wiek zdobywa niezafałszowany obraz własnego „ja”. Po­słuszeństwo ukazuje wzrost dokonujący się w pełnej prawdzie o sobie samym (por. VC 91). Posłuszeństwo ewangeliczne pozwala więc w radykalny sposób prze­tworzyć to, co płynie w ludzkim sercu z pychy tego życia (por. RD 9).

Dla osoby konsekrowanej posłuszeństwo staje się też sekretem prawdziwego szczęścia płynącego z chrześci­jańskiej pewności, że nie kieruje się ona własną wolą, lecz wolą Bożą. Wraz z tym szczęściem towarzyszy konsekro­wanym głęboka miłość do Chrystusa i Kościoła. Praw­dziwe posłuszeństwo jest także posłuszeństwem pogod­nym. Jest ono jednym z elementów umożliwiających harmonijne łączenie życia wewnętrznego z codzienną pracą (por. VC 6). Ponadto w radzie posłuszeństwa kon­sekrowani pragną znaleźć własny udział w Chrystuso­wym Odkupieniu, własny udział w Jego posłuszeństwie oraz własną drogę uświęcenia (por. RD 13).

Poprzez posłuszeństwo zakonnicy uczestniczą głę­boko w dziele zbawienia. Udział ten polega na ak­ceptowaniu woli Boga, która wzywa ich do określonej służby. Osoby konsekrowane akceptują tę wolę między innymi poprzez służbę w szkołach, szpitalach, parafiach. Ponadto utożsamianie swej woli z wolą Boga dokonuje się poprzez dzielenie się życiem i dobrami z najbardziej potrzebującymi. Zakonnicy, pobudzani przez Ducha Świętego, oddają się posługiwaniu wszystkim braciom na wzór służby, jaką pełnił względem innych Jezus. Ta ewangeliczna rada jest również „źródłem prawdzi­wej wolności” (VC 36) czy też „szczególnym wyrazem wewnętrznej wolności” (RD 13). Posłuszeństwo głosi ponadto wieść o obfitym pokoju, który można przez nie zdobyć (por. VC 91). Zgodność z wolą Trójcy Świętej i ufne podążanie drogą wskazaną przez Boga stanowią źródło tego pokoju. Prawdziwy pokój, wewnętrzna wol­ność, szczęście – to tylko niektóre efekty praktykowania rady posłuszeństwa.

To wyrzeczenie się samych siebie pozwala nam żyć każdego dnia od rana do nocy w podporządkowaniu się codziennemu rytmowi pracy powierzonej wspólnocie i w licznych szczegółach zakonnego życia. To wyrzeczenie pomaga nam umierać samym sobie i prawdziwie uczestniczyć w śmierci Chrystusa. Umieramy jednak po to, by żyć z Chrystusem. Jedynie umierając i żyjąc dla Chrystusa, okazujemy, że jesteśmy Jego towarzyszami, kontynu­atorami Jego Odkupienia (Paul Hitz CSsR).

***

Jacek Zdrzałek CSsR – redemptorysta, doktor teologii UKSW w Warszawie. W pierwszych latach kapłaństwa był duszpasterzem młodzieży w Toruniu, następnie wyjechał na stypendium z zakresu dziennikarstwa w Catholic News Service w Waszyngtonie DC i po powrocie pracował jako członek zespołu redakcyjnego Kato­lickiej Agencji Informacyjnej (KAI). Długoletni wychowawca kleryków w WSD w Krakowie i nowicjatu w Lubaszowej, a także Rektor WSD w Tuchowie. Był członkiem Rady ds. Osób Konsekrowanych diecezji tarnow­skiej oraz Generalnego Sekretariatu Formacji Redemptorystów w Rzymie. Prowadził wykłady i warsztaty na specjalistycznych kursach dla Formatorów Zgromadzenia Redemptorystów w Taj­landii, w Szkocji i w USA. Angażuje się w wykłady i rekolekcje w domach formacyjnych dla osób konsekrowanych w różnych wspólnotach, opactwach, konwentach, prowincjach, także w języku angielskim.  W 2011 r. został wybrany na stanowisko Koordynatora Konferencji Redemptorystów Europy. Obecnie mieszka i pracuje w Gliwicach w sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

Udostępnij Tweet