Trudne spowiedzi. Kryzys z powodu nieuleczalnej choroby – ks. Adam Kokoszka

Penitent często sam jest w stanie przedstawić swój stan kryzysowy. Ale mogą być też sytuacje, w których penitent nie mówi o tym wprost. O kryzysie, tylko nadmieni, że w tej chwili zwątpił zupełnie we wszystko, że zachwiała się jego wiara, poczucie sensu życia. Możemy spotkać też osoby, zwłaszcza w szpitalach, które nie chcą skorzystać z Sakramentu Pojednania czy rozmowy z kapłanem. Mogą to być osoby pozostające w domach, o których troszczą się krewni, rodzina i to oni często zwracają się do kapłana, aby przyszedł do chorego, z którym oni też nie mają kontaktu, albo są przerażeni jego stanem.

 

Penitent wyznaje, że jest zupełnie załamany, nie może myśleć, nie może się modlić, ma w ogóle kłopot z koncentracją, nie wie, co robić. Często taki penitent wyzna, chociaż dopiero po ośmieleniu się, że zwątpił w miłość Boga, nie wie po co go Bóg stworzył, dla­czego się narodził na tej ziemi, chyba tylko po to, by cierpieć i umrzeć. Bywają częste przypadki, że takie osoby płaczą, złoszczą się, drażnią ich właściwie wszyscy, krewni, personel, itd. Zdarzyć się może, iż w takich chwilach chorzy myślą o samobójstwie, czasem nawet o tym mówią swoim bliskim.

By się głębiej i spokojniej zastanowić nad takimi ludzkimi sytu­acjami, które nie są rzadkością, trzeba szukać światła w księgach Ob­jawienia. Najwspanialszym źródłem, z którego możemy zaczerpnąć światła dla zrozumienia ludzkiego bólu w takich sytuacjach kryzyso­wych jest Księga Hioba. Gdy Hiob utracił cały swój majątek, a nawet dzieci, stanął przed Bogiem z głębokim bólem serca, a jednocześnie w postawie bardzo dojrzałej wiary: „Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Pan dał, Pan zabrał”. (Hi 1, 21). Gdy dotknęła go nieuleczalna choroba trądu wypowiada całą swoją głębie kryzysu, jaki przeżywa. „Wreszcie Hiob otworzył usta i przeklinał swój dzień… Niech przepadnie dzień mego narodzenia i noc, gdy powie­dziano „poczęty mężczyzna”. Niech dzień ten zamieni się w ciem­ność, niech nie dba o niego Bóg w górze. Niechaj nie świeci mi świa­tło, niechaj pochłoną go mrok i ciemność (…). Niech noc tę praciemność ogarnie (…). Dlaczego nie umarłem po wyjściu z łona, nie wyszedłem z ciemności by skonać? Po cóż przyjęły mnie kolana a piersi podały mi pokarm (…). Teraz bym spał, wypoczywał, ode­tchnąłbym w śnie pogrążony…Tam niegodziwcy nie krążą, spokojni zużyli swe siły (…). Po co się daje życie strapionym, istnienie złama­nym na duchu, co śmierci czekają na próżno, szukają jej bardziej niż skarbu w roli.(…) Człowiek swej drogi jest nieświadomy, Bóg sam ją przed nim zamyka. Płacz stał mi się pożywieniem, jęki moje płyną jak woda, bo spotkało mnie, to, czego się lękałem, bałem się, a jed­nak to przyszło. Nie mam spokoju ni ciszy, nim spocznę, już wrza­wa nadchodzi” ( Hi 3, 1 – 26).

Analizując przeżycia Hioba widzimy, że przeżywał on typowy kryzys, gdy dotknęła go śmiertelna choroba. Często ów kryzys na­zywany jest „kryzysem ontologicznym”. Kiedy stajemy przy takich penitentach, wówczas pierwszą naszą postawą winna być postawa ogromnej życzliwości, uwagi, spokoju nawet gdyby penitent mówił przeciw wszystkim a nawet przeciw Bogu. Najpierw penitent niech się wypowie.

W takich przypadkach im bardziej czuje się słuchany, tym wię­cej zaczyna w nim narastać poczucie kogoś bliskiego w osobie ka­płana, poczucie bezpieczeństwa, a zatem tym śmielej wyrzuci swój ból ze siebie, co jest w tym momencie najważniejsze.

Gdy w czasie wypowiedzi penitenta narastałaby chęć interwencji ze strony spowiednika, niech dla dobra sakramentu powstrzyma się, aż penitent do końca się wypowie. Chyba, że wypowie tylko swoją najgłębszą rezygnację i zamilknie, uważając, że to i tak nie będzie miało sensu, wówczas trzeba bardzo spokojnie pytać. Gdy spowiednik okaże się osobą zrównoważoną, spokojną, miłującą pochylającą się bezinteresownie, wówczas penitent odczuje, że w nim może mieć emocjonalne oparcie, którego mu w tej chwili najbardziej brakuje.

Następnie trzeba trochę rozpocząć porządkowanie chaosu, w który wszedł penitent. Przez krótkie pytania dotyczące jego obec­nej sytuacji, co wydarzyło się w ostatnim czasie w jego życiu. Przede wszystkim trzeba ustalić wydarzenia, które poprzedziły ten kryzys.

Unikać trzeba takich powiedzeń; „nie dramatyzuj”, „nie prze­sadzaj” „nie martw się” itd. Nie pomniejszać wagi kryzysu i osoby, która go przeżywa. Uświadamiać, jeżeli to będzie już możliwe, że nie on jeden jest dotknięty tą chorobą i kryzysem z nią związanym. Nie potwierdzać fatalistycznych prognoz, nawet w trudniejszej sytuacji, nikt do końca nie wie jak może potoczyć się jego życie. Można deli­katnie powiedzieć, że o jego życie i zdrowie walczy wielu ludzi, nie jest sam. Wielu duchowo jest z nim. Teraz można przejść do spoj­rzenia wiary. Bóg miłuje. Nawet w cierpieniu jest przy człowieku, a może najszczególniej w czasie cierpienia.

Być może nie wystarczy ten jeden sakramentalny kontakt, po­trzeba będzie jeszcze z tym człowiekiem spotkać się drugi, czy trzeci raz, aby przeprowadzić człowieka chorego do zaakceptowania stanu choroby. Dopiero teraz można przekazać wartości sakramentu Pojed­nania, jego owoce, leczące ducha, a także w pewnym sensie i ciało.

 

Ks. dr Adam Kokoszka – od wielu lat związany z WSD w Tarnowie (wieloletni prefekt i wicerektor ds. naukowych), wykładowca teologii moralnej, były Wikariusz Biskupi ds. formacji duchowieństwa, należy do familii papieskiej, kanonik gremialny Kapituły Kolegiackiej w Nowym Sączu, protonotariusz apostolski.

Udostępnij Tweet