Kapłan i polityka – ks. Janusz Królikowski

Kapłan i polityka – już to proste sformułowanie tematu budzi podejrzenia i wątpliwości, nie tylko w kręgach laickich, lecz także u samych katolików. Właśnie dlatego to zagadnienie domaga się podjęcia i wyjaśnienia. Tytułem wstępu można zauważyć, że jeśli było ono aktualne i żywe właściwie od początku istnienia Kościoła, to dzisiaj osiągnęło szczególną aktualność, której nie znało w prze­szłości.

 

Można podać przynajmniej trzy powody tego stanu rzeczy. Jakakolwiek wypowiedź biskupa lub kapłana w kwestiach społecz­nych i politycznych jest od razu i bez najmniejszego zastanowienia kwalifikowana jako „mieszanie się Kościoła w politykę”. Następnie, wielu sprawnych polityków, na różnym poziomie zaangażowanych w dziedzinie politycznej, stara się wciągnąć biskupów lub kapłanów do swoich działań politycznych, aby tym samym kształtować swój wizerunek polityczny, wychodząc z prostego i oczywistego przeko­nania, że zawsze jest dobrze mieć za sobą jakieś kościelne oparcie w społeczeństwie, któremu nie są obce wartości religijne. Nasilenie „współpracy” polityków z kapłanami staje się szczególnie widoczne w okresie przedwyborczym. Wtedy nagle politycy, którzy zawsze stali poza kościołem albo w ogóle stali od niego z daleka, pojawiają się w pierwszych ławkach, zwłaszcza w czasie rozmaitych uroczy­stości religijnych, a nawet wdzierają się na ambonę, by zabłysnąć swoim słowem i podzielić się swoimi religijno-patriotycznymi prze­konaniami. O ile rozumiem w tym wypadku polityków, to dziwię się biskupom i kapłanom, że im na to pozwalają. I wreszcie, odnoto­wuje się u dzisiejszych kapłanów jakiś kompleks polityczny, ponie­waż niejednokrotnie imponuje im misja polityka, w wyniku czego upodabniają się do niego pod wieloma względami, a niekiedy rze­czywiście chcieliby decydować w sprawach, które należą do dzie­dziny ściśle politycznej. Cieszę się więc, że została mi dana okazja do teologicznego wypowiedzenia się w tej kwestii, która nadal jest i będzie aktualna, a wobec której każdy kapłan musi umieć zająć stanowisko.

Kościół i katolicy zawsze musieli się bronić przed naciskiem wła­dzy politycznej. Często motywy polityczne były źródłem herezji, a prawie zawsze schizm, które w gruncie rzeczy były wyrazem dąże­nia państwa do zapewnienia sobie autonomii także w dziedzinie religijnej oraz – co jest zarazem równoznaczne – do podporząd­kowania sobie tej dziedziny życia społecznego i państwowego, by w ten sposób można było usunąć Kościół katolicki ze swoich gra­nic. Często także herezje, mimo że wyrastały na gruncie doktrynal­nym, były wykorzystywane do celów politycznych państwa, które szybko obejmowało je swoją protekcją, by osłabiać Kościół katolic­ki. Wystarczy przypomnieć Wilhelma Ockhama, który po potępie­niu przez Kościół oddał swoje pióro do dyspozycji cesarzowi, by skierować je przeciw papieżowi, a później jansenizm, który wkrót­ce przebrał się za jakobina, stając się wolterianinem i człowiekiem oświeconym we Francji i Italii. Zawsze, ilekroć pojawia się heretyk, świat laicki bierze go w obronę, a broni go nie dlatego, że zależy mu na heterodoksji czy ortodoksji, ale korzysta z tego, że pojawi­ła się kolejna dobra okazja do podjęcia walki z Kościołem. Herezja ma przecież znaczenie tylko w religii, jako jej negacja, a więc właś­ciwie powinna być obojętna państwu.

Począwszy od rewolucji francuskiej, a przede wszystkim od dru­giej połowy XIX wieku, działanie Kościoła i katolików wyraża się w sposób, który mocno nawiązuje do aktualnego życia społeczne­go i kulturowego. Mówi się o narodzinach „katolicyzmu społeczne­go”. W tym samym czasie powstały rozmaite doktryny filozoficzne, zawierające oczywiste i bezpośrednie odniesienia polityczne, kwe­stionujące równocześnie wszystkie prawdy chrześcijaństwa. Z jednej strony jest więc heglizm, czyniący z państwa pruskiego wcielenie Boga immanentnego, który przez proces historyczny urzeczywist­nienia siebie; z drugiej strony staje marksizm – dziecko Hegla – negujący każdego Boga i w przyszłym „jednorodnym społeczeń­stwie” niezostawiający miejsca dla religii. Z powodu historyzmu i immanentyzmu, zaakceptowanych także przez główne kierun­ki polityczne takie jak: liberalizm, demokracja laicka, socjalizm, komunizm, oraz z racji rozmycia momentu religijnego w fanaty­zmie nacjonalistycznym, imperialistycznym, państwowym, raso­wym, partyjnym itd., Kościół katolicki i chrześcijaństwo w ogóle znalazły się wobec wielkich zagrożeń. Problemem przestała już być kwestia wyższości papieża czy cesarza, ortodoksja czy heterodoksja, herezja czy schizma. Problem sytuuje się na najbardziej pod­stawowym, a zatem i najbardziej znaczącym poziomie, to znaczy na poziomie istnienia lub nieistnienia wartości religijnych, a tym samym także wartości ludzkich. Taka jest faktyczna sytuacja, w któ­rej dzisiaj znajdują się nie tylko Kościół katolicki i katolicy całego świata, ale także wszyscy chrześcijanie. W znacznym stopniu prob­lem ten dotyczy także żydów i muzułmanów, którzy znajdują się pod silnym naciskiem laicyzmu, z tym że jedni i drudzy popełniają zasadniczy błąd – żydzi zamykają się w izolacji, jak to czynili zawsze, a muzułmanie odwołują się do agresji, gdy tymczasem trzeba pod­jąć wyzwanie na poziomie, na którym się ono sytuuje, to znaczy na poziomie idei. Oczywiście te postawy wynikają z zasadniczego braku, jakim naznaczone są judaizm i islam, a mianowicie – braku własnej teologii i filozofii religijnej.

Kto zatem w tej sytuacji chce, by Kościół wyalienował się od wydarzeń i by kapłani zajmowali się tylko celebracjami religijnymi, ignorując to, co dzieje się w świecie? Owszem, są rozmaite środowi­ska laickie, które nie pomijają okazji, by domagać się praw i uzna­nia dla osiągnięć laicyzmu, by protestować przeciw „ingerencjom” kapłanów oraz Watykanu w politykę. Jednak zarazem wiedzą oni dobrze, że jeśli kapłani – w chwili braku odpowiedzialności i zaan­gażowania w swoją posługę – zamknęliby się w zakrystii lub nie wyszliby na spotkanie ze światem, to wtedy ich laickie, „oświeco­ne” i zawsze „krytyczne” głowy szybko skończyłyby na szafocie. Wiedzą bardzo dobrze – i to czyni ich jeszcze zuchwalszymi – że Kościół, stale walczący ze złem i błędem oraz stale broniący praw­dziwych praw osoby ludzkiej, nigdy nie zapomniał i nie zapomni o swoim obowiązku i swojej odpowiedzialności. Dlatego zuchwale mądrzą się i sprzeciwiają się Kościołowi. Sytuacja dzisiejszego laicy­zmu jest w gruncie rzeczy dość komiczna – może mówić, ile chce o Kościele i pozwolić sobie na luksus bycia antykatolickim, ponie­waż to Kościół gwarantuje mu tę swobodę. To przecież Kościół jest w tej chwili w świecie jedynym autentycznym obrońcą sfery laickiej w życiu społecznym, czyli „uprawnionej autonomii stwo­rzenia, a zwłaszcza człowieka”, jak stwierdził II Sobór Watykański w konstytucji Gaudium et spes (nr 41). Laicyzm ogłasza się więc antykatolickim, ale zawsze czyni to – co za paradoks! – pod pro­tekcją skrzydeł katolickich, gotowy, jeśli sprawy potoczyłyby się w taki sposób, pukać do furt klasztornych i kościołów, by drżąc ze strachu, schować się pod habitem mnichów lub sutanną księży. Historia potwierdza, że niejednokrotnie miało to miejsce. W Polsce wystarczy wspomnieć stan wojenny. Wielu dzisiejszych „herosów” polskiego laicyzmu, prezentowanego w wywiadach telewizyjnych, gazetach i wypowiedziach sejmowych, jeszcze niedawno albo chro­niło się w cieniu sutanny, albo na ramionach Kościoła wspinało na piedestał znaczenia politycznego. I nie chodzi o to, aby ciągle wyrażali swoją wdzięczność i poddanie, ale minimum uczciwości byłoby wskazane.

W tej sytuacji czynna i zaangażowana ingerencja Kościoła, kapła­nów i wszystkich katolików w życie publiczne naszego i każdego innego państwa, gdzie jest choćby jeden krzyż – a można inter­weniować skutecznie, nawet nie będąc politykiem – jest nienaru­szalnym prawem i obowiązkiem. Wycofanie się wobec głoszonych poglądów, bądź z jakiegokolwiek innego powodu, jest zdradą lub tchórzostwem ze strony katolika, duchownego czy świeckiego.

Dzisiejsza sytuacja pozbawia treści i znaczenia antytezę: kleryka­lizm – antyklerykalizm, jakie miała ona jeszcze kilkanaście lat temu. Byłoby dobrze, gdyby klerykałowie i antyklerykałowie zdali sobie z tego sprawę. Byłoby to dobre dla wszystkich, a przede wszystkim dla katolików. Jeśli nie chce się czynnego i trwałego antyklerykalizmu, trzeba przede wszystkim unikać klerykalizmu, który jest kate­gorią polityczną niemającą nic wspólnego z kapłaństwem i religią; co więcej – jest ona szkodliwa zarówno dla kapłaństwa, jak i dla reli­gii, jak również jest politykierstwem, dla którego obrona religii i jej praw staje się pretekstem bądź sposobem osiągnięcia lub utrzyma­nia przywilejów. Najlepszym sposobem wyeliminowania antyklerykalizmu jest unikanie klerykalizmu; wyeliminowanie jednego jest wyeliminowaniem drugiego. Można wprawdzie postawić zastrze­żenie, że bez antyklerykalizmu nie rodzi się klerykalizm oraz że ten ostatni jest uzasadnioną i słuszną obroną przeciw laicyzmowi. Ta kwestia wymaga jednak szerszego wyjaśnienia.

Jeśli klerykalizm oznacza ingerencję duchownych w czynną poli­tykę, to znaczy w politykę partii i w kwestie należące do władzy świe­ckiej, przez którą usiłuje realizować prawdziwą politykę klerykalną, to musimy otwarcie powiedzieć, że kapłan nie może uprawiać takiej polityki, a uprawiając ją aktywnie, prezentuje klerykalizm szkod­liwy dla katolicyzmu. Nieuchronnie prowokuje i wywołuje anty­klerykalizm, który – w tych granicach – jest uzasadniony. W tym przypadku także prawdziwi katolicy i autentyczni kapłani czują się antyklerykałami, by bronić kapłaństwa, katolicyzmu i katolickiej myśli politycznej. Nie pozostaje im nic innego, jak zwalczać klery­kalizm i antyklerykalizm, by prowadzić katolików do autentycznego zaangażowania politycznego. Także w przypadku antyklerykalizmu niewywołanego przez jego przeciwieństwo nie można go zwalczać klerykalizmem, gdyż wtedy umacnia się i staje prawomocny; trzeba go zwalczać – i to jest jego prawem i obowiązkiem – prawdziwym zaangażowaniem politycznym duchowieństwa, którego zadaniem jest obrona autonomii Kościoła oraz chrześcijańskich zasad natu­ralnych i objawionych, które powinny być propagowane, aby speł­nić swoją misję wychowawczą i formacyjną w stosunku do jedno­stek i społeczeństwa.

Obrona siebie przez propagowanie klerykalizmu jest zejściem do poziomu przeciwnika, czyli jest politykierstwem, a nie polity­ką. Oznacza degradowanie godności kościelnej. Kościół – i każ­dy kapłan – jest ponad wszelkimi partiami, a więc nie ma potrze­by uprawiać partyzantki jak politykier czy też jak obywatel dążyć wprost lub nie wprost do panowania politycznego. Kapłan, który miesza się w politykę partyjną, który wykorzystuje swoje apostol­stwo do uprawiania propagandy na rzecz takiej czy innej partii lub do wywierania nacisku, by wierni głosowali tak czy inaczej, odwo­łuje się do klerykalizmu, obrażając przede wszystkim duchowień­stwo i katolików.

Chrześcijaństwo jest afirmacją i gwarancją wolności, a więc ini­cjatywy, która jest prawem osoby, wiernego i katolika świeckiego. Dzisiaj propaganda polityczna w najwyższym stopniu zmierza do zadania gwałtu wolności wyboru. Skłaniany za pośrednictwem roz­budowanej i wszechobejmującej propagandy wyborca już nie wybie­ra, głosuje w jakiś sposób nie dlatego, że dobrowolnie wybrał, ale dlatego, że propaganda pozbawiła go wolności wyboru, zostawia­jąc mu tylko automatyzm psychiczny, który reklama może rzeczy­wiście i skutecznie wywołać w człowieku. Jest to negacja wolności, gdyż chodzi w tym przypadku o skłonienie człowieka do pewnych działań tylko dlatego, że powtarzają się słowa i gesty. Jest oczy­wiste, że jeśli kapłan nie ogranicza się do swojego prawa i obo­wiązku bycia przewodnikiem i doradcą, także po to, by ostrzec przed propagandą, która zagłusza wolność i korumpuje sumienia, ale skłania do głosowania na określoną partię, to uprawia polity­kę partyjną i propagandę, a w ten sposób wnosi także swój wkład do dzieła destrukcji wolności i inicjatywy osobistej. Schodzi więc do poziomu przeciwnika, który nie jest już poziomem chrześci­jańskim, „kolektywizując” osobę, odmawiając jej osobistej inicja­tywy, narzucając jej opinię, która nie jest już osobista i dobrowol­na. Kapłan nie powinien bronić opinii, ale apostołować na rzecz prawdy i miłości. Kapłan, który ulega duchowi propagandy wybor­czej, jest bardziej przyciągany przez świat niż przez Boga i Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego, a tym samym zdradza swoje posłanie, które dobrowolnie przyjął.

Istnieje jednak także odwrotna strona medalu. Niekatolicy bar­dzo chętnie – i w tym jakoś zawsze są zgodni ze sobą, przynajmniej wtedy, gdy nie czują jakichś większych zagrożeń – oskarżają o klery­kalizm także działalność wychowawczą i społeczną Kościoła, ponie­waż chcieliby, aby te sfery pozostawić w rękach niekatolików i aby katolicy – niemal tylko tolerowani – stali na boku i przyglądali się tym kwestiom niejako z marginesu społecznego. W tym przypad­ku nie chodzi już o klerykalizm czy antyklerykalizm, ale o laicyzm antykatolicki, który odmawia prawa do życia cywilnego katolicy­zmowi i katolikom, Kościołowi i duchowieństwu. Można w takim przypadku zupełnie słusznie mówić o fundamentalizmie laickim. W tym przypadku interwencja katolików i duchowieństwa jest rze­czą najświętszą – jest podstawowym prawem i obowiązkiem, któ­rego nie można zlecić nikomu innemu. Nie jest to już ingerencja w zadania spełniane przez państwo czy też w kompetencje władzy świeckiej, ale jest to obrona przed dominacją ze strony jednej czy wielu partii politycznych, które sprawują władzę. Jest to konkretna obrona zasad chrześcijańskich i sumień ludzi, by mogli kontynuo­wać swoje życie osobiste, rodzinne, społeczne i polityczne. W tym przypadku polityczne zaangażowanie kapłana jest częścią integral­ną jego apostolstwa oraz należy do jego obowiązków jako sługi Chrystusa i Kościoła. W tej kwestii walka powinna być prowadzo­na otwarcie i bez kompromisów, nawet za cenę życia. Era męczen­ników nie jest tylko minionym momentem w historii Kościoła, ale jest pewnym stałym wymogiem duchowym, który ma być podej­mowany we wszystkich czasach i wszystkich miejscach. Wobec dzisiejszego materializmu uznanego za normę życia, równocześ­nie sceptycznego i nihilistycznego, zdecydowanego za wszelką cenę zniszczyć wartości ludzkie i prawdy chrześcijańskie, nikt nie może utrzymywać, że kapłani powinni zrezygnować z interesowania się polityką, jeśli ta jest rozumiana w sposób wyżej wyjaśniony. Nikt nie może oskarżać podejmowanych przez nich działań o klerykalizm. Czy kapłani mają stać na boku, obojętnie patrzeć na ciągłe gwał­cenie sumień, rezygnować z apostolatu wychowawczego i moral­nego, maskować diabła, który podaje się za anioła? Takie usiłowa­nie nie oznacza eliminowania kapłana z działań politycznych, ale skłanianie go do rezygnacji z podjęcia spoczywających na nim obo­wiązków i do zdradzenia jego misji – zdradzenia Chrystusa, który ofiaruje się przez niego, ze względu na chrześcijan.

Chce się zatem, aby kapłan nie uprawiał polityki partyjnej i nie uczestniczył w strategii wyborczej, wierząc jednak równocześnie w jego apostolat i w prawdę nauczania ewangelicznego, czy też zmierza się do wyeliminowania go z czynnego udziału w życiu spo­łecznym, odmawiając mu prawa do apostolatu prawdy i misji miło­ści? Innymi słowy – wierzy się w prawdę chrześcijańską oraz misję wychowawczą i formacyjną Kościoła czy też nie? Jeśli się w to nie wierzy, to jest hipokryzją nie uznać tego otwarcie, jak jest hipokry­zją i tchórzostwem wykorzystywać równocześnie Kościół, usiłując osiągnąć interesy klasowe lub partyjne. Jeśli zaś w to się wierzy, to sprzeczne jest stanowisko, według którego Kościół powinien wyco­fać się z życia społecznego oraz przestać interesować się proble­mami moralnymi, wychowawczymi, obyczajowymi, aby obojętnie i w sposób zawiniony asystować w rozpowszechnianiu negatyw­nych doktryn, często szkodzących chrześcijaństwu, propagowa­nych przez partie polityczne.

I jeszcze jedna jasna i precyzyjna idea, która pośrednio jest zawar­ta w tym wywodzie. Trzeba ściśle rozdzielić między „taktyką” i stra­tegią polityczną oraz zaangażowaniem politycznym, które oznacza obronę i propagowanie niektórych zasad i wskazań życia społecz­nego i politycznego, których ważność nie zależy od takiej czy innej sytuacji, takiej czy innej partii. Kapłan powinien bronić tych zasad i wzywać do tego wiernych, by w ten sposób oni formowali życie obywateli i działania rządów, jakiekolwiek by one były. Powinien ponadto przeciwdziałać, aby pewne doktryny nie wchodziły do reli­gii, nie pchały się na ołtarz, nie wyrzucały Chrystusa ze świata, nie przekształcały Kościoła w siedzibę partii. To wszystko nie jest upra­wianiem polityki, ale przeciwstawianiem się świętokradztwu i dewa­stacji tego, co święte, do niego należy zaliczyć także dewastację sumień. Kapłan powinien powstrzymać się od polityki partyjnej, od taktyki i strategii, a przede wszystkim od rozmaitych „intryg”, które obrażają go jako kapłana. Niech zostawi politykierom to zadanie, które w gruncie rzeczy poniża i ich samych, i każdego człowieka, który pełni misję wychowawczą. Jego działanie polityczne sytuu­je się ponad tymi okolicznościami. Niech nie troszczy się o wpły­wy u możnych, polityków i władców tego świata, ale niech zabiega o nadanie polityce znamienia prawdy. Jego zadaniem jest kierować się polityką prawdy, aby w większym stopniu mogła uobecniać się w świecie prawda polityki. W końcu przecież – bez względu na sytu­ację – żaden chrześcijanin, kapłan czy świecki, nie przyszedł na ten świat, aby „świadczyć” o świecie, ale o Jezusie Chrystusie. Dlatego kompromisy mają nieprzekraczalny próg moralny i religijny, któ­ry wcale nie jest progiem „światowym” i równoznacznym z godziwością prawną, do którego, niestety, wielu katolików z wygody się dostosowuje. Trzeba stawać na wyższym stopniu, dziękując Bogu, że nas wybrał do świadczenia o Nim, gdyż w przeciwnym wypad­ku, rezygnując z szacunku i miłości do Boga, rzucamy na targowi­sko świata to, co święte, żyjąc wygodnie na tym świecie, przeciwnie niż Chrystus, który umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. W pew­nym momencie nie można już za wszelką cenę bronić tego czy owe­go, ale – by nie stracić wszystkiego, odrzucając Boga – można tyl­ko umierać dla Niego.

Niech więc kapłan uprawia politykę, do której jest uprawniony jako sługa Chrystusa: politykę bez klerykalizmu i bez kompromi­sów. Temu zaś, kto – mimo tego wszystkiego – nadal kontynuuje swój bezkrytyczny antyklerykalizm, niech Bóg przebaczy i obda­rzy go swoją łaską.

Na koniec niech zabrzmią niemal nieśmiertelne słowa św. Augu­styna z De civitate Dei, których wagę wielokrotnie i w wielu miej­scach potwierdziła już historia Kościoła i do których ta wypowiedź chciała być tylko skromnym komentarzem:

Niebieskie państwo w czasie, gdy odbywa ziemską pielgrzymkę, powo­łuje swych obywateli spośród wszystkich narodów i zbiera pielgrzy­mującą społeczność z wszelkich języków, nie troszcząc się o różnice w obyczajach, prawach i urządzeniach, które służą wprowadzeniu lub utrzymaniu pokoju ziemskiego. Niczego z tych rzeczy nie znosi ono i niczego nie niszczy; co więcej, zachowując je, przestrzega wszyst­kiego, co, choć różne u różnych narodów, zdąża jednak do wspólnego celu, to jest do ziemskiego pokoju; przestrzega pod warunkiem, iż nie przeszkadza to religii, która naucza, że należy oddawać cześć jedyne­mu tylko, najwyższemu i prawdziwemu Bogu [19,17].

Niniejszy artykuł stanowi referat wygłoszony w czasie spotkania Koła Młodych Teologów w Tarnowie, 20 marca 2003 r. Publikacja na stronie formacja.diecezja.tarnow.pl za zgodą Autora.

 

Ks. dr hab. Janusz Królikowski – prof. UP JPII w Krakowie, konsultor Komisji Maryjnej Konferencji Episkopatu Polski, dziekan Wydziału Teologicznego Sekcja w Tarnowie.

Udostępnij Tweet