Kapłan wobec współczesnego świata – ks. Janusz Królikowski

Żyjmy dobrze, a czasy będą dobre. My jesteśmy czasami – jacy my jesteśmy, takie są czasy.
św. Augustyn, Sermo 80, 8

 

Zdumiewają mnie i niepokoją zmiany, jakie zachodzą w nasta­wieniu kapłanów do świata. Wszyscy – z jednej strony – deklarują, że trzeba być bliżej świata – być „w świecie”, że trzeba starać się zro­zumieć ten świat i żyć jego sprawami. Z drugiej jednak strony to, co widzę – nie chcę oczywiście uogólniać – wcale nie świadczy o tym, by poważnie traktowano realizację takich deklaracji. Kilka prostych faktów. Można wielokrotnie naciskać dzwonek i nie doczekać się, by ktoś otworzył drzwi naszych plebani, gdy ma to miejsce poza godzi­nami urzędowania kancelarii parafialnej. Znam parafie, w których całymi tygodniami nikt nie podnosi telefonu. Niejednokrotnie pod­nosi się telefon lub domofon tylko wtedy, gdy sygnał zostaje podany w odpowiedni, umówiony sposób, świadcząc, że przybył ktoś znajo­my. W niejednym przypadku na wykazie nazwisk przy dzwonkach lub domofonach przy drzwiach nie ma wypisanych nazwisk księży, o których wiadomo, że tam mieszkają – zdarza się to nawet probosz­czom. Często są to ci sami kapłani, którzy potem mają pretensje, że biskup każe im czekać kilka dni, aby ich przyjąć. Księża kateche­ci w szkole unikają bezpośrednich kontaktów zarówno z nauczy­cielami, siedząc gdzieś w kącie pokojów nauczycielskich bądź całą przerwę poświęcając na przejście wolnym krokiem od sali do sali, jak również z uczniami, zwłaszcza w szkołach średnich, gdzie mają do czynienia z młodzieżą, która niejednokrotnie zadaje kłopotliwe pytania. Nierzadko „otwarte” wyjście do młodych sprowadza się do położenia żelu na włosach albo do naśladowania młodzieżowej mody w ubiorze.

Czyż nie jest oddalaniem się od świata unikanie podjęcia prob­lemów, którymi żyje świat? Kontrowersje wokół Harry’ego Pottera, a zwłaszcza sposób ich podjęcia, były tego faktu bardzo dobrym dowodem. Czyż nie świadczą o tym księża i katecheci, którzy nie przeczytawszy książki, swoje stanowisko w tej sprawie wyrazili jedy­nie w mocno formułowanych „zakazach” jej lektury? Żadnego argu­mentu, żadnej dyskusji, żadnej wymiany zdań, a tylko wypowiedź z wysokości arbitralnie przyznanego sobie „autorytetu”. A prze­cież to są ci sami, którzy w czasie formacji i studiów w semina­riach duchownych buntowali się, że nie uzasadnia się stawianych im wymagań, że nie dyskutuje się, że brakuje otwartego podejmowa­nia problemów… Właśnie ta sytuacja każe zapytać o relację kapła­na do dzisiejszego świata, opartą na zasadzie bycia w świecie, ale bycia na sposób kapłański i duszpasterski.

Świat współczesny jest złożony, a nawet pogmatwany; także misja kapłana jest złożona i trudna. Jest taka nawet dla świętego, który przecież umie przygarnąć ten świat i otoczyć go miłością. Cóż dopie­ro mają powiedzieć ci, którzy nie są na najwyższym poziomie świę­tości? Mamy więc do czynienia z trudnym problemem misji kapła­na w bardzo skomplikowanym dzisiejszym świecie. Co robić w tym przypadku? Odpowiedź także tym razem jest łatwa, a nawet bez­pośrednia – trzeba po prostu być przygotowanym do tego, by go rozumieć, by go intensywnie przeżywać i zdobywać go dla Jezusa Chrystusa. Oczywiście nie jest łatwo się do tego przygotować – jest trudne dla każdego „przygotowanie się” do życia chrześcijańskiego oraz wniesienie wkładu, by inni byli do tego przygotowani i gotowi do spotkania ze światem.

Nie chodzi bynajmniej w tym przypadku o to, by przygotować się do jakiejś walki przeciw niechrześcijanom i niekatolikom, ponie­waż chrześcijanin, także kapłan, nie musi i nie może walczyć z czło­wiekiem, kimkolwiek by on nie był, ale ma kochać każdego. Nie trzeba wypowiadać wojny także ideom po to, by je jakoś zwalczyć. Idee należy wyjaśniać, oczyszczać z błędów i wydobywać z nich to, co prawdziwe. W każdej idei kryje się jakaś cząstka prawdy, gdyż w przeciwnym razie nie byłaby ideą. Także każdy człowiek zawsze pozostaje stworzeniem Bożym, zdolnym do poznania prawdy i czy­nienia dobra, a jako taki zawsze powinien być kochany. Stanowisko czysto polemiczne lub negatywne jest niedopuszczalne. Trzeba wal­czyć w świecie, a nie przeciw światu, wychodząc światu na spotka­nie, i to tym bardziej, im bardziej jest zagubiony, a nawet zatracony. Im większy jest grzech, tym większe musi być dzieło odkupienia, będące dziełem miłości.

Podstawą wszystkiego jest jednak następująca prawda – nie ma miłości, jeśli nie ma prawdy, i nie ma prawdy, jeśli nie ma miło­ści. Takie jest chrześcijaństwo – wiedza i miłość, światło rozumu i płomień woli. Tą subtelną jednością jednego i drugiego jest Jezus Chrystus, Jego nauczanie i Jego łaska.

Nie wystarczą cnoty moralne odłączone od cnót intelektualnych; nie wystarczy tylko czysty rozum, ale na nic się nie przyda również chaotyczna uczuciowość. Miłość jest miłością, jeśli jest stale oświe­cana przez prawdę. Człowiek zna te rzeczy, które kocha, i kocha te rzeczy, które zna. Miłość sprawia, że rozum głębiej wnika w rze­czy, a rozum oświeca miłość. Ubi charitas, ibi claritas – „Gdzie miłość, tam jasność” – jak słusznie stwierdził Ryszard z klasztoru św. Wiktora. Na tym poziomie rozumie się wszystko: siebie i innych; oddziałuje się z mocą na innych i na siebie; dokonuje się wzajemnej promocji oraz urzeczywistnia się wolność wszystkich w wolności każdego i wolność każdego w wolności wszystkich.

Być przygotowanym do tego sposobu i do takich zadań jest rzeczą trudną, chociaż nie niemożliwą. Opatrzność nie zapomina o człowieku, a łaska działa, jeśli spotka się z dobrą i prawą wolą. Tej pozytywnej woli trzeba jednak dużo; trzeba ją zbudzić całą. Na to właśnie chcę tutaj zwrócić uwagę, zachowując nienaruszone pryn­cypium pierwszeństwa łaski w życiu chrześcijańskim. Zależy mi na zwróceniu uwagi na dwie kwestie: kapłana spełniającego dzieła miłości i kapłana w jego dziele nauczania. Są to dwa podstawowe aspekty działalności kapłańskiej wobec świata, także współczesne­go, w którym przyszło mu myśleć i działać.

DZIAŁALNOŚĆ CHARYTATYWNA

Działalność charytatywna jest niezastąpiona w życiu chrześci­jańskim, ponieważ jest dziełem miłości, a zarazem sprawiedliwo­ści, wynagradzającym za różne formy egoizmu i winy. Ból i nędza człowieka są konsekwencją pierwszego grzechu. Ich źródło ma więc charakter teologiczny – jest tajemnicą. Trzeba więc, owszem, wyjść bólowi i nędzy na spotkanie, ale nie tylko po to, by im ulżyć, ale także po to, by doprowadzić człowieka do odczucia sprawied­liwości i całej pozytywności odkupienia poprzez ekspiację. Jeśli miłość abstrahuje od tego fundamentu teologicznego, który jest także prawdą ludzką, staje się czystą „pomocą społeczną”, niemającą w sobie niczego chrześcijańskiego i mającą bardzo mało ludzkiego, wziąwszy pod uwagę, że także cierpiącym zwierzętom nie odmawia się pomocy. W porządku historycznym chrześcijaństwo bez zmysłu grzechu nie jest już chrześcijaństwem, jak nim nie jest bez nadziei na odkupienie. Człowiek bez bólu, przede wszyst­kim moralnego, nie jest już człowiekiem. Człowiek, który płacze, znaczy więcej niż robak, który się śmieje – powiedział lapidar­nie św. Augustyn. Człowiek nie jest także człowiekiem bez rado­ści, którą daje ból przyjęty jako narzędzie odkupienia. Uleczenie ciała, pozostawiając chorą duszę, jest być może bardziej złem niż dobrem. Warunek służący osiągnięciu zdrowia fizycznego może sprzyjać uzdrowieniu duchowemu, ale może być także warunkiem niekorzystnym, gdyż ból fizyczny jest sytuacją, która przygotowu­je – może lepiej niż wszystko inne – do oczyszczenia, gdyż pozwa­la pomyśleć o własnej nędzy i wyprowadzić z tego odpowiednie wnioski i podjąć pokutę.

Po co to wszystko? Ponieważ czasy, w których żyjemy, wysta­wiają nas na poważne niebezpieczeństwa, te związane z „kwestią społeczną”, w ciągle pojawiających się wezwaniach do kształtowa­nia „świadomości społecznej”, jakby istniała tylko „kwestia społecz­na”. Któż ośmieliłby się zakwestionować potrzebę sprawiedliwości? Wszystko dobrze, ale tylko do pewnego stopnia, gdyż w przeciw­nym razie może być źle, i to bardzo źle. Jeśli na początku i na koń­cu postawimy ten problem, rozumiany w sensie potocznym jako niższy bądź wyższy poziom życia, w taki sposób, by wszyscy mieli przynajmniej minimum dobrobytu, a potem coraz więcej, to miejmy również odwagę przyznać, że wszyscy myślimy w sposób „materialistyczny” i że wyżej stawiamy ciało niż ducha. Kwestia społeczna ma sens ludzki i chrześcijański, ale tylko w ramach bardziej wyma­gającego i ogólnego problemu, jakim jest problem człowieka w jego integralności cielesno–duchowej. Nie ma w tym przypadku „kwestii społecznej”, ale jest „kwestia ludzka”, kwestia osoby, której sytuacja społeczna jest tylko jedną z okoliczności jej życia, pośród których urzeczywistnia swoją kondycję. Kwestia społeczna albo jest ducho­wa, albo jej nie ma wcale; albo służy realizacji osoby, albo ją zabija, karmiąc ją dobrze, zbyt dobrze. Człowiek dzisiaj, duch, dzięki któ­remu jest człowiekiem, wystawia się na ryzyko śmierci przygnie­ciony przez troski, nostalgię za dobrobytem, za coraz większym dobrobytem materialnym. Także to może przyjść – gdyż nędza zabija – ale pod warunkiem, że zyska na tym duch, a nie tylko cia­ło. Dobrobyt materialny nie może stać się naszą obsesją, także nas katolików, prowadząc do zapomnienia, że pierwszą rzeczą jest – bez względu na to, w jakiej sytuacji się znajdujemy – siła do zaak­ceptowania tej sytuacji, prosząc Boga, aby dał nam łaskę znosze­nia jej i kochania Go nawet pośród zamętu, jak Hiob. Katolik nie powinien się modlić: „Panie, daj mi to czy tamto, aby mi było lepiej”, ale: „Spraw, Panie, abym, w jakiejkolwiek jestem sytuacji, mógł być coraz mniej niegodny Ciebie; daj mi siłę, bym był coraz mniej nie­doskonały w duchu”.

Miłość nie polega wyłącznie na pomaganiu w nędzy. Wydziedzi­czony nie tylko potrzebuje chleba lub ubrania, ale także słowa pocie­chy, uśmiechu, przyjaznego gestu, w którym wyraża się uczestniczę­ nie, to znaczy potrzebuje tego, by w swojej sytuacji odczuł, że jest to także moja sytuacja. Czy człowiek ubogi, który otrzymał jałmużnę, zawsze spotkał w swoich dobroczyńcach osoby, które uśmiechnęły się do niego i porozmawiały z nim, by nawiązać z nim więzi ludz­kie, aby nie tylko nie czuł się głodny, ale także by nie czuł się nie­szczęśliwy? Także psom rzucamy chleb – ale ludziom nie wystar­czy rzucić okruszyny ze stołu. Ludzie potrzebują słowa, które jest myślą i wolą; oczekują na ludzkie słowo, kropelkę ducha, akcepta­cję – sama pomoc materialna nie jest jeszcze pociechą duchową. Pierwszą kwestią nie jest więc dobrobyt materialny, będący celem samym w sobie, ale jeszcze i zawsze pomoc duchowa. Czy my taką pomoc dajemy? Owszem, na ogół słów mamy na ustach dużo, ale czy wychodzą one poza czystą konwencję: „przykro mi”, „nie wiem, co ja bym zrobił w tej sytuacji”… Ale czy za tym idzie postawa? Czy wszyscy kapłani podejmują tę kwestię z chrześcijańskim ser­cem? Czy pamiętają, że miłość jest pomocą duchową, a nie tylko materialną? Nie upominam ani nie daję rad – przypominam sobie i innym, co oznacza podjąć po chrześcijańsku dzisiejszą kwestię społeczną odnośnie do pomocy charytatywnej i ulżenia w cierpie­niach bliźniego.

Skoro człowiek cierpi, to pomóżmy mu – nakazuje to miłość bliźniego. Owszem, ale czyja znam zamysł Boży? Mam mu pomóc, ale biorąc pod uwagę, że to cierpienie może być łaską, warunkiem, jakiego Bóg chciał dla jego dobra, może zaowocuje nagrodą jego zbawienia.

Pomyślmy o przypadku eutanazji – podaje się choremu zastrzyk z trucizną, aby ulżyć mu w cierpieniu… nieużytecznie. Według pew­nej logiki jest to spójne, to znaczy takie, że nie myśli się ani o cię­żarze, ani o miłosierdziu. My, chrześcijanie, myślimy jednak ina­czej, i dlatego mamy pomagać, ale bez stawiania przeszkód dziełu Bożemu, nie zapominając, że także w sytuacjach najbardziej zna­czących nie rozumiemy celu ostatecznego; w przeciwnym razie powiedzmy uczciwie, że nie wierzymy już w interwencję nadprzyro­dzoną, nawet jeśli mówimy, że jesteśmy katolikami. Przypomnijmy sobie, że miłość, nawet jeśli odnosi się do ciała, powinna być oka­zywana duchowi. Nawet jeśli będziemy się dwoili i troili, by ulżyć cierpieniom cielesnym tego czy owego, a zapomnimy w tym dzie­le o solidarności ludzkiej, zbyt ludzkiej i mało chrześcijańskiej, to będziemy jak te dobre matki, które niepokoją się przeziębieniem swojego dziecka, robią wszystko, by dziecko spało i odżywiało się dobrze, by miało lekkie życie, ale pozwalają równocześnie, by duch ich dzieci szedł tam, gdzie podoba się i jak podoba się instynkto­wi. A człowiek to nie tylko ciało i instynkt.

DZIEŁO NAUCZANIA

Podstawowym aspektem apostolatu i zasadniczym przejawem miłości pasterskiej kapłana jest jego dzieło nauczania – dzieło bardzo złożone i delikatne. Można je streścić następująco: zanieść ludziom słowo Jezusa Chrystusa i sprawić, aby wniknęło w serca i je zdobyło. Chodzi więc o rozpowszechnianie Ewangelii i prowadzenie ludzi, by do wskazań ewangelicznych dostosowywali swoje życie. Aby jed­nak to nastąpiło i słowa nie pozostały tylko słowami, jest koniecz­ne, aby Ewangelia dotarła do świadomości człowieka, a człowiek, by swoją świadomością przylgnął do niej. Dlatego nauczanie realizuje się na terenie konkretnym, egzystencjalnym i socjologicznym, jak z pewnym upodobaniem się dzisiaj podkreśla. Tu jednak zaczynają się trudności, które – także tym razem – przezwycięża się z pomo­cą Bożą, żywą siłą wiary i dobrej woli.

Konkretnym terenem nauczania Ewangelii są poszczególni ludzie, ludzie dzisiejsi, świat nowożytny i współczesny, życie codzienne – a więc każdemu potrzebne jest słowo dostosowane do niego. Nie jest to jakiś subiektywizm. Prawda jest jedna, ale sposób, by doprowadzić do przylgnięcia do niej, jest w każdym przypadku osobny – ponie­kąd partykularny. Jest osobowym tworem dla „tej” osoby. Zakłada to wyczucie psychologiczne, a nade wszystko rozmach i zapał, któ­rych duszą jest osobiste uczestniczenie. Retoryka budzi odzew, może nawet uwieść, ale tylko na chwilę – nie przekonuje na dłuższą metę i nie wywiera głębszego odzewu. Wiarę wzbudzają Bóg i kapłan, który ma wiarę żywą, gorącą, gorliwą, szczerą… Życie wewnętrz­ne wzbudza dalsze życie wewnętrzne, przenika, zakorzenia i wyda­je owoce.

Chrześcijaństwo opiera się na prawdzie objawionej, którą Kościół wyraził przy pomocy dogmatów. Dogmat jest dogmatem – jest prawdą wiary i przyjmuje się go jako taką. Owszem, ale dogmat ma także mocną siłę działającą w głębi ducha, w naszym konkretnym życiu, w myśli i w działaniu. Jest prawdą oświecającą, a z tego powo­du jest także prawdą prowadzącą i prawdą umacniającą. Dlatego kapłan nie może mówić w sposób abstrakcyjny, nie może powta­rzać niedostępnych formuł, ale powinien przeżywać je i sprawiać, aby żyły, wcielać je, czynić je obecnością wewnętrzną, prowadzić do tego, by je wcielano i by stawały się obecnością żywą w sercach wier­nych. W przeciwnym wypadku dogmat jest widziany z zewnątrz, a z tego powodu pozostaje też martwą formułą, o której chrześci­janin nie pamięta w codziennym życiu. Dogmat, przyjęty w swojej nieprzeniknionej tajemnicy, oświeca całe życie, ukierunkowuje je i odradza. Katechizm Kościoła katolickiego stwierdza, że „dogmaty są światłem na drodze naszej wiary; oświecają ją i nadają jej pewność” (nr 89). Można by powiedzieć, że to właśnie tajemnica nada­je dogmatowi pewną specyficzną oczywistość. Tylko wtedy dogmat ujawnia swoją moc sprawczą – nie jest prawdą wiary abstrakcyjnej, ale wiary przeżywanej i myślącej – uczucia, rozumu i woli – każ­dego poszczególnego wierzącego; w przeciwnym wypadku zostaje zapisany w książkach, których prawie nikt nie czyta. Staje się treścią przepowiadania, którego słuchają i które zgłębiają tylko nieliczni.

Skuteczne działanie kapłana jest działaniem na świadomość, która jest świadomością ludzi dzisiejszych. Kapłan powinien zatem dobrze znać świat, w którym żyje, powinien być człowiekiem swoje­go czasu, nie poddając się mu; powinien mieć doświadczenie obec­nego życia, jego wymagań, jego sposobu odczuwania, jego „tonów” witalnych i duchowych, jego odcieni, a także jego subtelności, któ­rych jest wiele. Poza tym i przede wszystkim powinien pozostawać kapłanem Chrystusa, wiernym słowu i niepoddającym się dominują­cej mentalności. Być kapłanem to być w świecie, który jest, w świe­cie dzisiejszym, ale nie być z tego świata ani do niego nie należeć. Bycie kapłanem zakłada pewne duchowe odejście od świata.

W tym miejscu nasuwa się pytanie następujące: czy kapłani, któ­rzy są formowani w naszych seminariach – mają przygotowanie psychologiczne, by zrozumieć, a tym samym skutecznie stanąć wobec współczesnego świata i nie ulec jego wpływom? Nie chcę przesądzać, ale nie mogę nie wyrazić obaw. Nie wiem, do jakiego stopnia młodzi ludzie, około dwudziestego czwartego czy piątego roku życia, po sześciu czy siedmiu latach formacji seminaryjnej, są przygotowani do poruszania się w świecie, do przyciągania go do siebie, nie ulegając przyciąganiu przez świat i nie dając się wciąg­nąć w jego wiry.

Kapłan jest także człowiekiem wiedzy, filozofii, teologii, który kontaktuje się z prostymi i uczonymi, dzisiaj bardziej niż kiedyś i w inny sposób. Jeszcze nie tak dawno temu można było podzielić kapłanów na tych ze wsi i tych z miasta, nie stwierdzając przez to niższości tych pierwszych w stosunku do tych drugich. W oparciu o to rozróżnienie przeznaczało się na wieś pewien typ kapłanów, a do miast inny typ, to znaczy kapłanów bardziej skłonnych do stu­diowania i bardziej przygotowanych. Dzisiaj takie rozróżnienie jest bardzo problematyczne. Wykształcenie – przy jego wielu i raczej oczywistych brakach – zatacza coraz szersze kręgi, w szkołach śred­nich i na uczelniach wyższych kształcą się młodzi pochodzący ze wszystkich miejsc i wszystkich grup społecznych. Nie ma takiej wsi, gdzie nie byłoby studentów. Rozpowszechnia się dostęp do wiedzy za pośrednictwem radia, telewizji, Internetu. Także ksiądz na wsi znajduje się wobec ludzi, którzy wiedzą dużo, którzy są wymagają­cy pod względem intelektualnym i umieją to pokazać. Trzeba więc być w pewien sposób przygotowanym do spotkania z tymi ludźmi na poziomie intelektualnym, niekoniecznie będąc Newtonem. Co więcej, trzeba także mieć środki, pragnienie i odpowiedzialność, by rozwijać swoją wiedzę, przynajmniej w jakimś ogólnym zakresie. Taka potrzeba w sposób bardziej bezpośredni dotyczy kapłanów w miastach. Krótko mówiąc, pojawia się problem przygotowania kulturowego i intelektualnego kapłana, będącego nieodzownym narzędziem, by rozwijać swój apostolat w świecie, dzisiaj, tak jak wczoraj i jak zawsze. Jak zostało powiedziane na początku: praw­da i miłość, wiedza i miłość.

Kultura kapłana musi być przede wszystkim zakorzeniona w kul­turze tradycyjnej – stanowiącej filar każdego katolika, kapłana i świeckiego – ale przeżywanej na nowo, a nie powtarzanej, kultu­rze zinterioryzowanej, a nie wyuczonej jak jakaś lekcja. Nie wystar­czy, także na tym polu, opieranie się na ogólnikach. Po pontyfikacie Jana Pawła II powinno być oczywiste, że kapłan powinien aktywnie i twórczo działać w dzisiejszym świecie kulturowym, z jego wyma­ganiami i z jego tonacjami, jego gustami, jego błędami i jego prawda­mi. Także w tym wypadku potrzeba zatem wrażliwości i subtelności, czyli poznania świata, gdyż w przeciwnym wypadku grozi kapłanowi oddalenie, obcość, nieporozumienia, a nawet budzenie się agresji.

Także w tym przypadku, nie osądzając i nie przesadzając, pojawia się pytanie o to, jak wygląda przygotowanie kulturowe w naszych seminariach duchownych – czy jest odpowiednie do misji, do jakiej przygotowują się kandydaci do kapłaństwa. Studiuje się tam, oczy­wiście, filozofię, teologię, literaturę, psychologię, socjologię itd. Ale jak się studiuje? Czy proponowany sposób studiowania przygoto­wuje do udzielenia odpowiedzi na aktualne wyzwania? Zostawiamy na boku konkretne przykłady.

Podstawowy problem jest raczej jasny. Kapłan, który chce być czynnie obecny i chce twórczo oddziaływać w świecie współczes­nym, musi mieć odpowiednie przygotowanie – psychologiczne, filozoficzne, teologiczne, kulturowe – aby go rozumieć. Poznanie kultury wczorajszej i dzisiejszej – żyje zarówno pierwsza, jak i dru­ga – domaga się osiągnięcia sprawności, aby móc z pierwszej odrzu­cić to, co trzeba, i aby z tej drugiej umieć przyjąć to, co użyteczne. Nie chodzi tutaj o wymiar „ilościowy” poznania, jakby kapłan – któ­ry ma być przewodnikiem duchowym, spowiednikiem, katechetą, towarzyszem, oparciem itd. – miał być encyklopedystą – i niech Bóg nas zachowa od nierzadkich dyletantów, którzy uważają, że wiedzą wszystko, nie wiedząc w gruncie rzeczy niczego, lub żeby miał od rana do wieczora tylko studiować. Chodzi przede wszystkim o „mentalność”, sposób odczuwania i myślenia, bycie współczesnym swojemu czasowi, nawiązanie z nim komunikacji; chodzi o osiąg­nięcie kultury nie według sposobu odczuwania innych epok (staroświeckość), ale według mentalności, tonu i klimatu naszej epoki, zachowując prawdę, że zmienia się tylko mentalność wraz ze zmia­ną sytuacji historycznych, a prawda niezmiennie pozostaje prawdą.

To wszystko jest potrzebne w celu skutecznego przepowiadania – przepowiadania zdolnego do rozprzestrzenienia słowa i formowa­nia duchowości wiernych. Nie mówię, że kapłan ma być na ambo­nie wykładowcą teologii – mówi do zwyczajnych ludzi i zwyczajni ludzie mają go rozumieć – ale jego kazania, aby osiągnąć swój cel, muszą być przenikliwe i skuteczne. Niestety przepowiadanie nie stoi dzisiaj na najwyższym poziomie. Kaznodzieje są niewolnikami „materiałów” i kartek, z których uparcie czytają przeciętne reflek­sje. Kazania „proste”, właśnie dlatego, że są takie, są także przenikli­we. Prostotę gwarantuje osobiste przeżycie tego, co się mówi. Czym innym jest prostota, a czym innym banalność.

Intelekt kultywowany (prawda) i serce chrześcijańskie (miłość) – taki musi być „mundur” kapłana w świecie współczesnym – i to jest mundur kapłana Jezusa Chrystusa. Oddział kapłanów tak ubra­nych jest siłą Kościoła. Kościół potrzebuje też przynajmniej pluto­nu kapłanów, którzy – oprócz posiadania wskazanych cnót – będą także zdolni do tworzenia autentycznej kultury katolickiej – nie tyl­ko skryptów do użytku seminaryjnego – w harmonii z naszymi cza­sami, kultury oryginalnej, żywej, działającej, a tym samym takiej, do której będzie mogła się skłonić także kultura świecka. Siła kultury chrześcijańskiej jest kulturą szerokich możliwości ewangelizacyj­nych. Co więcej, kultura jest pierwszą linią mogącą wziąć na siebie ataki ze strony tych, którzy są nieprzychylni Ewangelii, nawet jeśli zasłoną, która najskuteczniej bierze na siebie wszystkie ataki, jest zawsze miłość.

Powyższy artykuł stanowi rozdział książki: J. Królikowski, Powołanie, konsekracja i posłanie: Z teologii świętego kapłaństwa [ME, 4], Wydawnictwo Naukowe UPJP 2, Kraków 2017, s. 225-235. Publikacja na stronie formacja.diecezja.tarnow.pl za zgodą Autora.

Ks. dr hab. Janusz Królikowski – prof. UPJPII w Krakowie, konsultor Komisji Maryjnej Konferencji Episkopatu Polski, dziekan Wydziału Teologicznego Sekcja w Tarnowie.

Udostępnij Tweet