Co ma wspólnego marketing z ewangelizacją? – Marcin Rzegocki

Jak w XXI wieku sprzedać gramofon

W dobie cyfrowych nośników danych sprzedawcy gramofonów nie mają łatwego zadania. Jak sprzedać sprzęt, który nie jest tani, zajmuje dużo miejsca i nie jest tak wygodny w użyciu jak nowsze wynalazki. Jak więc nakłonić klienta do zakupu gramofonu? Niektórzy sprzedawcy próbują upodobnić gramofon do odtwarzaczy cyfrowych przyczepiając do niego świecidełka, wyświetlacze i inne gadżety. Nie jest to jednak skuteczne, bo gramofon nadal jest gramofonem, tylko bardziej pstrokatym. Prawdziwi znawcy przedmiotu wiedzą jednak, że nawet najlepszy odtwarzacz cyfrowy nie jest w stanie oddać całej głębi i bogactwa dźwięku z winylu. Ta cecha gramofonów i korzyść, jaką ona niesie powinny być punktem wyjścia do kampanii reklamowych.

Tymczasem można odnieść wrażenie, że niektórzy katolicy traktują Kościół jak wspomniany gramofon. Wydaje im się, że jest On dla współczesnego człowieka nieatrakcyjny, wiara zbyt trudna, a przykazania nie do udźwignięcia, a katolicyzm musi zacząć udawać coś, czym nie jest, żeby stać się na nowo popularnym. Tymczasem, atrakcyjność Kościoła powszechnego wynika z tego, że tylko w nim obecny jest substancjalnie Zbawiciel. Kard. Sarah powie: „Grozi nam stale wielkie ryzyko rozcieńczenia naszej wiary, kupczenia Słowem Bożym lub jego zafałszowania tylko po to, by przyciągnąć życzliwą uwagę ludzi tego świata.”

Co ma marketing do ewangelizacji?

Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że warunkiem stworzenia skutecznej strategii marketingowej jest głębokie przekonanie, że nasz produkt jest najlepszy wśród konkurencji. Analogicznie, trudno jest sobie wyobrazić, że zdobędziemy kogokolwiek dla Chrystusa i Kościoła nie wierząc w to, że sakramenty (wszystkie siedem!), które daje nam Kościół są „do nieba ścieżką najprościejszą”. Niestety, przekaz werbalny i niewerbalny płynący od kapłanów czasem temu przeczy. Ile razy słyszymy od księży zafascynowanych nowymi wspólnotami ewangelikalnymi, że wszyscy wyznajemy wiarę w jednego Boga, więc nie ma problemu, by uczestniczyć w modlitwach organizowanych przez protestantów, albo pozwolić protestanckim „nauczycielom” głosić w naszych parafiach. Czy na pewno? Kardynał Müller mówi, że Duch Święty nie może przeczyć samemu sobie.” Bóg „nie może” być nielogiczny, wewnętrznie sprzeczny. Jak więc pogodzić katolickiego Jezusa dającego nam za orędowniczkę swoją Niepokalaną Matkę wziętą do nieba z duszą i ciałem z protestanckim Jezusem, którego matka była zwykłą kobietą – taką, jak setki innych w Nazarecie? Jak pogodzić Jezusa ustanawiającego kapłaństwo w sederowy wieczór tuż przed Swoją Męką z Jezusem twierdzącym, że kapłaństwo nie jest potrzebne do zbawienna.  Jak pogodzić Ducha Świętego, który w Kościele formułuje dogmaty, z „duchem”, który twierdzi, że nie liczą się dogmaty a jedynie miłość?

Nie można się oszukiwać: jeśli katolicyzm i inne religie są równoważną drogą do zbawienia, daremny jest trud misjonarzy, daremne jest moje codzienne zmaganie się z własnymi słabościami, daremny jest twój, księże, celibat, który ty wiesz najlepiej, ile kosztuje i daremna była śmierć męczenników za wiarę. Wierzysz w obcowanie świętych? Co powiesz Tomaszowi Morusowi na temat jego męczeńskiej śmierci za wierność Kościołowi rzymskiemu i papieżowi? Że się pomylił? Że czasy się zmieniły? Sto lat temu w Fatimie Anioł w swoim drugim Objawieniu, nie tylko wzywał do modlitwy, ale powiedział do fatimskich dzieci: „Ofiarujcie bezustannie Najwyższemu modlitwy i umartwienia.” Do dzieci!  Kto dziś odważyłby się zachęcać do czegoś podobnego najmłodszych? Przeciwnie, istnieje przekonanie, że nabożeństwa z ich udziałem ma charakteryzować jowialność i lekka, niezbyt nużąca forma. Czyżby więc Boża Matka była w błędzie? Sługa Boży Fulton Sheen napisał: „Komunia nie jest tylko włączeniem w Życie Chrystusa; jest ona również włączeniem w Jego Śmierć”. Tymczasem można odnieść wrażenie, że ofiarny charakter Mszy świętej został zapomniany na rzecz Eucharystii rozumianej wyłącznie jako dziękczynna uczta. Także na płaszczyźnie językowej: można odnieść wrażenie, że księża nie chcą z ambony używać słowa „Msza” i zamieniają je na „Eucharystia”, choć pierwszym znaczeniem tego drugiego słowa jest „sakrament Komunii”, a nie „Liturgia Mszy”.  Czy nie stoi w sprzeczności z pamiątką Śmierci Pańskiej organizowanie hucznych koncertów i tańców w świątyni, w której znajduje się konsekrowana Hostia (słowo „hostia” zresztą po łacinie znaczy tyle, co „ofiara”)?

Jak to możliwe, że Duch Święty po dziewiętnastu wiekach od Pięćdziesiątnicy zaczął działać bardziej we wspólnotach religijnych – które pozbawione są wspólnoty z Kościołem powszechnym, a także odrzuciły sześć z siedmiu sakramentów, w tym szczególnie istotne dla życia Kościoła kapłaństwo, a co za tym idzie i Eucharystię – niż w Kościele posiadającym sukcesję apostolską?

Po co Kościołowi kapłani?

Sobór Watykański II docenił marginalizowaną dotąd rolę świeckich w Kościele. To bardzo dobrze. Ale niedobrze jest, kiedy wbrew nauczaniu Kościoła de facto zrównuje się świeckich z kapłanami. Widzimy świeckich „nauczających”, „głoszących” rekolekcje i ewangelizujących masy. Niejeden ksiądz fascynuje się prywatnie i publicznie liderami rozmaitych grup stawiając ich autorytet na równi z autorytetem biskupa, a nierzadko ponad nim. Dla młodych ludzi, którzy to obserwują staje się więc jasne, że kapłaństwo nie jest wcale fajniejsze niż inne drogi powołania. Czy w debacie o przyczynach pustoszenia seminariów duchownych w Europie (a także i w Polsce) pojawia się refleksja, że za smutny stan rzeczy może odpowiadać przekaz płynący z wnętrza Kościoła, że będąc świeckim można robić prawie wszystko to, co kapłan z tym, że nie trzeba zobowiązywać się do celibatu i posłuszeństwa? Jak można zachęcić młodego człowieka do takich wyrzeczeń, jeśli w zamian nie oferuje się mu niczego ponad to, co może mieć i bez nich? Jako świecki mogę przecież być nauczycielem religii, rekolekcjonistą, liderem wspólnoty, szafarzem Eucharystii (po kilkumiesięcznym kursie, choć gdybym był klerykiem, musiałbym czekać cztery lata do akolitatu) i „nauczycielem” Pisma Świętego. Mogę też, za zgodą biskupa, „odprawić” ceremonię kościelnych zaślubin.

Wiara rodzi się ze słuchania

Apostoł Narodów mówi, że „wiara rodzi się ze słuchania” (Rz 10, 17). Czy organizatorzy eventów, na których przemawiają przedstawiciele innych wyznań pamiętają o tym, gdy decydują się zabrać tam powierzoną im przez rodziców na wychowanie religijne młodzież? Nie można przecież zapominać, że przeciętny nastolatek ma mniej ugruntowaną wiarę, jest bardziej podatny na wpływ i ma mniejszą wiedzę teologiczną niż przeciętny ksiądz. Gdy byłem dzieckiem ojciec powtarzał mi, że do kościoła mogę chodzić tak często, jak tylko chcę i nie muszę pytać o jego zgodę, bo „w kościele nie nauczę się niczego złego.” Stwierdzenie to pokazuje, jakim zaufaniem obdarzają rodzice kapłanów oddając im pod opiekę swoje dzieci. Sami często nie są w stanie zweryfikować zgodności nauczania kapłanów z Magisterium, ufają im jednak w tej dziedzinie opierając się w tym zaufaniu na autorytecie Instytucji, która za nimi stoi. Lecz jaka instytucja odpowiada za to, co mówi zielonoświątkowy pastor czy świecki ewangelizator? Kto weźmie odpowiedzialność za jego słowa, jeśli okaże się, że są one fałszywą nauką?

Wytyczne KEP na temat homilii mszalnej obowiązujące we wszystkich polskich diecezjach mówią między innymi, że jedynym głosicielem homilii mszalnej może być osoba wyświęcona należąca do Kościoła katolickiego, a osoba świecka nie może przekazywać informacji lub nawet świadectwa w miejsce homilii, a co do zasady poza Mszą św., chyba że zajdzie ważna przyczyna, ale nawet w takiej sytuacji może to robić jedynie po modlitwie po komunii, z zastrzeżeniem, że taka praktyka nie może być zwyczajem, ani powodem opuszczenia homilii i wreszcie,  że jeśli jednak przewiduje się przemówienie osób świeckich podczas Mszy Świętej, to mogą to one zrobić tylko poza prezbiterium, a nigdy z ambony. Przepisy są jasne i nie pozostawiają miejsca na rozmaite interpretacje.

Z szacunku dla uczestników Liturgii warto także zrezygnować z zastępowania niedzielnych kazań odczytami rozmaitych listów, które „przeznaczone są do wykorzystania duszpasterskiego, nie do odczytania w miejscu kazania” (tweet KEP nt. listu o Rycerstwie Niepokalanej odczytanego w wielu parafiach Diecezji zamiast kazania). Wygłoszenie nawet bardzo krótkiej i prostej homilii czy kazania spotka się z nieporównywanie lepszą recepcją niż odczytanie dokumentu, który część osób już czytała w Internecie, a pozostali zainteresowani mogą zapoznać się w formie pisanej.

Przykład własnego życia

Co byśmy pomyśleli, gdybyśmy się dowiedzieli, że CEO Coca-Coli pije Pepsi, a prezes Toyota Motor jeździ Mazdą? Bycie ambasadorem marki wymaga autentyczności. Zupełnie identycznie sprawa wygląda w przypadku bycia świadkiem Ewangelii. Najpiękniejsze słowa, jeśli nie znajdą poparcia w czynach, nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Nie łudźmy się, że wypalony, wiecznie zmęczony ksiądz, który z ojca wspólnoty przeobraził się w urzędnika, element systemu publicznej oświaty, jedynie po godzinach zajmując się duszpasterstwem, będzie w stanie kogokolwiek za sobą pociągnąć. Ksiądz, który zamiast głosić Odkupienie woli zorganizować „atrakcyjny” wyjazd na event ze świeckim ewangelizatorem „tak pięknie mówiącym o Panu Jezusie”, skłania raczej do zadumy niż do radości z Ewangelii. Czy ktoś uwierzy nam, że w Eucharystii czcimy substancjalnie obecnego Boga jeśli zobaczymy, że nasze Msze odprawiane są byle jak i byle gdzie? Czy uwierzy nam, że uznajemy działanie Ducha Świętego w Kościele, jeśli zobaczy, że ignorujemy Jego przepisy?

Można zadać sobie pytanie, dlaczego, w czasach mody na dawanie świadectw częściej usłyszymy pełne emocji wystąpienie neofity niż pokrzepiające słowa kapłana z wieloletnim stażem, który powie, że pomimo rozmaitych trudności, jakie spotykały go w jego kapłańskim stanie, gdyby mógł cofnąć czas, nie zmieniłby swojej decyzji? Nie ma dla młodych ludzi  lepszej „reklamy” małżeństwa niż słowa (i przykład) rodziców i dziadków, że mimo wszystko – nie zamieniliby swojego małżonka na nikogo innego. Czy nie jest podobnie w przypadku drogi kapłaństwa?

Być może nie jest niczym odkrywczym stwierdzenie, że w dzisiejszym świecie pozbawionym wielu autorytetów rola wychowawcza i towarzysząca Kościoła jest bardziej niż kiedykolwiek istotna. Pomimo, że czasem wydaje się, że ludzie nie potrzebują już autorytetów, okazuje się, że jest odwrotnie. Stałość w nauczaniu i autentyczność przykładu życia jest potrzebna w dzisiejszych czasach przepełnionych zamętem i niepewnością jeszcze bardziej niż wcześniej.

Marcin Rzegocki – doktorant w Szkole Głównej Handlowej (Warszawa), absolwent MISH UW, stypendysta Acton University; świecki współpracownik redemptorystów w ewangelizacji na terenie krajów Europy Wschodniej; zainteresowania: zarządzanie, historia, kultura, lingwistyka.

Udostępnij Tweet