Dlaczego należy odprawiać Godzinę Świętą – abp Fulton J. Sheen

Jakie dobro wypłynie z konferencji medycznej, jeśli lekarze zgodzą się co do tego, że zdrowie jest ważne, lecz nie podejmą praktycznych kroków, by wcielić w życie swe przekonania? Podobnie jest z książką o kapłaństwie. Jakie konkretne zalecenia można dać kapłanowi, by stał się godny nadprzyrodzonego powołania, jakie otrzymał? Natychmiastową i zasadniczą odpowiedzią na to pytanie jest odprawianie Godziny Świętej. Dlaczego jednak mielibyśmy ją odprawiać?

 

Ponieważ jest to czas spędzony w Obecności samego Pana. Jeśli wiara jest żywa, niepotrzebny jest żaden inny powód.

Ponieważ w naszym zabieganym życiu potrzeba sporo czasu, by strząsnąć z siebie „demony południa”, doczesne troski, które przyczepiają się do naszej duszy niczym pył. Godzina spędzona z naszym Panem wynika z doświadczenia uczniów na drodze do Emaus (Łk 24, 13-35). Wyruszamy w drogę z Jezusem, lecz nasze oczy są „na uwięzi”, tak że nie możemy Go rozpoznać. Następnie rozmawia On z naszą duszą, gdy czytamy Pismo Święte. Trzeci etap to słodka intymność, podobna do tej, gdy „zajął z nimi miejsce u stołu”. Czwartym etapem jest pełne objawienie tajemnicy Eucharystii. Nasze oczy „otwierają się” i rozpoznajemy Go. Wreszcie dochodzimy do momentu, w którym nie chcemy odchodzić. Godzina zdawała się być taka krótka. Gdy podnosimy się, pytamy: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? (Łk 24, 32)

Ponieważ nasz Pan o to prosiłTak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? (Mt 26, 40) To słowo skierowane było do Piotra, ale Chrystus nazwał go Szymonem. To nasza szymonowa natura potrzebuje Godziny Świętej. Jeśli godzina wydaje się trudna, jest tak, ponieważ „duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe” (Mk 14, 39).

Ponieważ, jak mówi nam święty Tomasz z Akwinu, moc kapłańska nad corpus mysticum wynika z jego mocy nad corpus physicum Chrystusa. Kapłan konsekruje Ciało i Krew Chrystusa po to, aby mógł nauczać, prowadzić i uświęcać członków Kościoła. Oznacza to w praktyce, że od stopni ołtarza przechodzi do konfesjonału, że wspina się na ambonę po tym, jak uobecnił misterium Odkupienia. Każde wezwanie do chorego, każde słowo rady w rozmównicy, każda lekcja katechizmu udzielona dzieciom, każdy urzędowy akt w biurze parafialnym płynie od ołtarza. Tam kryje się wszelka moc, a im częściej będziemy chodzić na skróty do naszych kapłańskich obowiązków, [unikając] tabernakulum, tym mniej sił duchowych będziemy mieli na ich wypełnianie. Eucharystia to fons et caput[1] wszelkiego duchowego dobra Kościoła (Urbi et orbi, 8 maja 1907 r.) To z Eucharystii pozostałe sakramenty biorą swą skuteczność (Katechizm Soboru Trydenckiego, część II, rozdział 4, nr 47.) Skoro wszystkie sakramenty, skoro całe nasze nauczanie, spowiadanie, zarządzanie i zbawianie rozpoczyna się od tego Płomienia Miłości, jakże możemy unikać rozniecania go w nas przez jedną godzinę adoracji dziennie?

Ponieważ Godzina Święta zachowuje balans między duchowością a praktyką. Filozofie zachodu mają tendencję do aktywizmu, w którym Bóg nie robi nic, a człowiek – wszystko; wschodnie filozofie mają tendencję do kwietyzmu, w którym Bóg robi wszystko, a człowiek – nic. Złotym środkiem jest surgite postquam sederitis: działanie następujące po odpoczynku; Marta spacerująca z Marią; jak mówił święty Tomasz: contemplata aliis tradere. Godzina Święta łączy kontemplację z działaniem w życiu kapłana. Dzięki godzinie spędzonej z Panem, nasze rozważania i postanowienia przechodzą ze świadomości w podświadomość i później stają się motywami naszego działania. Nowy duch zaczyna przenikać nasze wizyty u chorych, nasze kazania, nasze spowiedzi. Tej przemiany dokonuje Pan, który wypełnia nasze serce i działa przez nasze dłonie. Kapłan może rozdać tylko to, co posiada. Aby dać Chrystusa innym, trzeba Go posiadać.

Ponieważ objawienia Najświętszego Serca przekazane za pośrednictwem świątobliwych dusz wskazują, że wciąż niezbadana głębia tego Serca jest zarezerwowana dla kapłanów. Są w Nim zasłony miłości, za które zajrzeć może jedynie kapłan i zza których powróci namaszczony, obdarzony władzą nad duszami dalece wykraczającą poza jego własne siły. Domem kapłana nie jest plebania. Jest on u siebie tylko tam, gdzie obecny jest Chrystus. Tylko tam kapłan poznaje tajemnice miłości. Najświętsze Serce poskarżyło się świętej Małgorzacie Marii, że tak niewielu kapłanów odpowiada na Jego jęk: „Pragnę” (J 19, 28). Oto Jego słowa: „Odczuwam palące pragnienie odbierania czci w Najświętszym Sakramencie, a znajduję niewielu, którzy zgodnie z Mym życzeniem starają się  zaspokoić to pragnienie, powracając do Mnie”.

Ponieważ Godzina Święta sprawi, że będziemy żyć tym, co głosimy. Widok gorszącej rozbieżności między wysokim ideałem kapłaństwa a jego marną realizacją napełnia bólem Najświętsze Serce Jezusa. Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść (Mt 22, 2-3). Napisano o naszym Panu, że „czynił i nauczał” – facere et docere (Dz 1, 1). Kapłan, który praktykuje Godzinę Świętą, przekona się, że gdy będzie nauczał, ludzie powiedzą o nim tak, jak mówili o Panu: A wszyscy (…) dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego (Łk 4, 22).

Ponieważ Godzina Święta czyni nas posłusznymi narzędziami Boskości. W Eucharystii ma miejsce podwójny ruch: po pierwsze kapłan zbliża się ku Najświętszemu Sercu, po drugie – zbliża się ku ludziom. Kapłan, który poświęcił się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa znany jest naszemu Panu jako ten, którego może On „zużyć” dla swoich celów. Kapłan zostaje obdarzony szczególną mocą z powodu swej giętkości w dłoniach Mistrza. Pewne łaski Bóg daje duszom bezpośrednio, podobnie jak człowiek daje jałmużnę ubogim, których spotka na swojej drodze. Lecz Najświętsze Serce pragnie, aby wielkie łaski rozdawane były duszom przez dłonie Jego kapłanów. Skuteczność kapłanów ma niewiele lub nic wspólnego z ich naturalnymi talentami. Eucharystyczny kapłan będzie lepszym narzędziem Pana pośród dusz niż uczony ksiądz, który mniej miłuje Jezusa. Jedna z obietnic złożonych kapłanom, którzy kochają Najświętsze Serce, brzmi: „Dam tym kapłanom moc dotykania najbardziej zatwardziałych serc”.

Ponieważ Godzina Święta pomaga nam wynagradzać zarówno za grzechy świata, jak i za nasze własne grzechy. Gdy Najświętsze Serce objawiło się świętej Małgorzacie Marii, to właśnie Serce Chrystusa, a nie Jego głowa, było ukoronowane cierniem. To Miłość została zraniona. Czarne msze, świętokradcze przyjmowanie Komunii Świętej, zgorszenia, wojujący ateizm – kto ma za to wszystko wynagrodzić? Kto będzie Abrahamem dla Sodomy, Maryją dla tych, którzy nie mają już wina? Grzechy świata są naszymi grzechami, jak gdybyśmy to my sami je popełnili. Skoro były one przyczyną krwawego potu naszego Pana, że aż skarcił On swych uczniów za to, że nie zdołali czuwać z Nim przez godzinę, czy powinniśmy pytać wraz z Kainem: Czyż jestem stróżem brata mego? (Rdz 4, 9). Kapłan, który pyta, co może zrobić w kwestii komunizmu, wie, że bitwy wygrywa się z rękami wzniesionymi do modlitwy na wzór Mojżesza.

Ponieważ przywróci ona naszą zatraconą duchową żywotność. Nasze serca są tam, gdzie są nasze radości. Jednym z powodów, dla których wielu nie udaje się przez wiele lat poczynić postępów w kapłaństwie, jest to, że wzbraniają się przed złożeniem całego ciężaru ich życia na barki naszego Pana. Nie szukają radości w zjednoczeniu ich kapłaństwa z żertwą Chrystusa. Czasami pozostają uparci, uczepieni zmysłów, zapominając, że Eucharystyczne drzwi wcale nie są drzwiami; nie są nawet ścianą, ponieważ „On (…) zburzył rozdzielający [nas] mur” (Ef 2, 14). Najświętsze Serce obiecało świętej Małgorzacie Marii, że „uformuje swoich kapłanów na wzór obosiecznych mieczy, co sprawi, że wytryśnie w nich święte źródło pokuty”. Nasze życie w najlepszym razie jest kruche, czasem złamane, niczym roztrzaskana porcelana. Dlatego przychodzimy do Najświętszego Serca i prosimy ut congregata restaures, et restaurata conserves, aby „to co potłuczone zebrało i naprawiło, a naprawione na zawsze zachowało”. Musimy zostać na nowo scementowani przez miłość, a gdzie można znaleźć taką miłość, jeśli nie w sakramencie jedności?

Ponieważ Godzina Święta jest „godziną prawdy”. Przebywając sam na sam z Jezusem, widzimy samych siebie nie tak, jak widzą nas inni, którzy uważają nas za lepszych niż naprawdę jesteśmy, lecz tak, jak widzi nas Sędzia. Jeśli z powagą przyjmujemy pochwałę, nic tak nie przebija balonu naszej nadętości, jak uznanie bezbronności, do której Pan Niebios, trwając pod postacią chleba, zredukował samego siebie. Nasze upadki, brak miłości wobec innych kapłanów, zbyt pospieszne odpowiedzi udzielane tym, których wygląd budzi naszą odrazę, nasza przesłodzona uprzejmość wobec ludzi dobrze ubranych, upodobanie w bogatych, unikanie ubogich, pospieszne Msze Święte, niecierpliwość w konfesjonale – to wszystko wydobywane jest z naszego sumienia przez Eucharystycznego Pana. Życie w grzechu, ciężkim lub powszednim, staje się nie do zniesienia dla kapłana, który praktykuje Godzinę Świętą. Przypomina ono przebywanie w towarzystwie lekarza, który ostrzega nas o rozprzestrzeniającym się raku. W końcu czujemy potrzebę poproszenia Boskiego Lekarza, aby nas uleczył. Dzięki adoracji żaden grzech nie jest grzechem ukrytym, nie istnieją żadne wytłumaczenia. Wydobywamy grzech z jego kryjówki i kładziemy go przed Bogiem. Zawsze wiedzieliśmy, że Bóg widzi nasz grzech, lecz w godzinie adoracji my go widzimy. Nasze grzechy ukazywane są naszym oczom nie jako ludzka słabość, lecz jako ponowne ukrzyżowanie Chrystusa. Zbadaj mnie, Boże, i poznaj me serce; doświadcz i poznaj moje troski, i zobacz, czy jestem na drodze nieprawej, a skieruj mnie na drogę odwieczną! (Ps 139, 23-24) Lecz nie należy się bać, ponieważ podczas godziny adoracji wchodzimy do prywatnych komnat Sędziego. Zaprzyjaźniamy się z nim przed rozprawą, czyniąc wynagrodzenie za nasze grzechy.

Ponieważ zmniejsza ona naszą podatność na pokusę i słabość. Nawiedzanie Najświętszego Sakramentu przypomina sadzanie pacjenta z gruźlicą w nasłonecznionym miejscu, na świeżym powietrzu. Wirus naszych grzechów nie może długo przetrwać w obliczu Światłości Świata. Stawiam sobie zawsze Pana przed oczy, nie zachwieję się, bo On jest po mojej prawicy (Ps 16, 8). Nasze grzeszne impulsy rozbijają się o ścianę wznoszoną codziennie podczas Godziny Świętej. Nasza wola usposabia się do dobroci niemal bez własnego, świadomego wysiłku. Szatanowi, ryczącemu lwu, nie wolno było wyciągnąć ręki, by dotknąć sprawiedliwego Hioba, dopóki mu na to nie pozwolono (Hi 1, 12). Dlatego Bóg z pewnością uchroni od poważnego upadku tego, który czuwa (1 Kor 10, 13). Kapłan, który pokłada pełną ufność w swym Eucharystycznym Panu, zachowa duchową sprężystość. Szybko podniesie się po upadku. Choć upadłem, powstanę, choć siedzę w ciemnościach, Pan jest światłością moją. Gniew Pański muszę znieść, bom zgrzeszył przeciw Niemu, aż rozsądzi moją sprawę i przywróci mi prawo (Mi 7, 8-9). Pan okaże łaskę nawet najsłabszemu z nas, jeśli znajdzie nas u swych stóp na adoracji, sposobiących się do przyjęcia Bożych łask. Gdy tylko Szaweł z Tarsu, prześladowca, upokorzył się przed swoim Mistrzem, Bóg wysłał specjalnego posłańca, by zaniósł mu ulgę, mówiąc mu, że „właśnie się modli” (Dz 9, 11). Również kapłan, który upadł, może spodziewać się umocnienia, jeśli czuwa i modli się. Pomnożę ich, i nie zmaleje ich liczba, przysporzę im chwały, by nimi nikt nie pogardzał (Jr 30, 19).

Ponieważ Godzina Święta jest osobistą modlitwą. Msza Święta i brewiarz są oficjalnymi modlitwami. Należą do Mistycznego Ciała Chrystusa. Nie należą do nas osobiście. Kapłan, który ogranicza się do spełniania swych oficjalnych obowiązków i adoracji, przypomina przedstawiciela związków zawodowych, który odkłada narzędzia na dźwięk gwizdka. Miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się obowiązek. Jest oddaniem peleryny, gdy odebrano już płaszcz. Jest podjęciem dodatkowego wysiłku. I będzie tak, iż zanim zawołają, Ja im odpowiem; oni jeszcze mówić będą, a Ja już wysłucham (Iz 65, 24). Oczywiście nie musimy odprawiać Godziny Świętej – i o to właśnie chodzi. Nikt nie jest nigdy przymuszany do miłości, chyba że w piekle. Bycie zmuszanym do miłości byłoby rodzajem piekła. Żaden mężczyzna, który kocha kobietę, nie jest zobowiązany do tego, by dać jej pierścionek zaręczynowy, a żaden kapłan, który miłuje Najświętsze Serce, nie musi Mu dawać zaręczynowej godziny swojego czasu. „Czyż i wy chcecie odejść?” (J 6, 68) to słaba miłość; „Śpisz?” (Mk 14, 37) to miłość nieodpowiedzialna; „miał bowiem wiele posiadłości” (Mt 19, 22; Mk 10, 22) to samolubna miłość. Lecz czyż kapłan, który kocha swojego Pana, może mieć czas na inne czynności, a nie mieć czasu na akty miłości „wykraczające ponad zobowiązanie wynikające z obowiązku”? Czy pacjent kocha lekarza, który pobiera opłatę za każde wezwanie, czy raczej zaczyna kochać, gdy lekarz mówi mu: „wpadłem po prostu, żeby zobaczyć, jak się czujesz”?

Ponieważ medytacja powstrzymuje nas przed ucieczką od naszych zmartwień i niedoli. Gdy na plebanii mnożą się problemy, gdy nasze nerwy napięte są z powodu fałszywych oskarżeń, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że – niczym Izraelici – zaczniemy szukać sposobów ucieczki. Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła. Ale wyście tego nie chcieli! Owszem, powiedzieliście: „Nie, bo na koniach uciekniemy!” – Dobrze, uciekniecie! – „I na szybkich [wozach] pomkniemy!” – Dobrze, szybcy będą ci, którzy pogonią za wami! (Iz 30, 15-16) Odpowiedzią nie jest żadna ucieczka, żadna przyjemność, ani drink, ani przyjaciele, ani dodatkowe zajęcia. Dusza kapłana nie może „uciec na koniu”; musi „pofrunąć” do miejsca, gdzie jego „życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu” (Kol 3, 3).

Wreszcie, ponieważ Godzina Święta potrzebna jest Kościołowi. Nikt nie może przeczytać Starego Testamentu nie uświadomiwszy sobie obecności Boga w historii. Jakże często Bóg posługiwał się innymi narodami, by karać Izrael za jego grzechy! Uczynił Asyrię „biczem w mocy [swojej] zapalczywości” (Iz 10, 5). Od momentu Wcielenia historia świata jest Drogą Krzyżową. Wzloty i upadki narodów wciąż mają związek z Królestwem Bożym. Nie możemy zrozumieć tajemnicy rządów Boga, ponieważ jest to „zapieczętowana księga” Objawienia. Święty Jan zapłakał, gdy ją zobaczył (Ap 5, 4). Nie mógł zrozumieć, dlaczego pomyślność przeplata się z nieszczęściem. Często zapominamy, że wszelki sąd Boga rozpoczyna się od Kościoła, podobnie jak rozpoczął się od Izraela. Kluczem do świata nie jest polityka, lecz teologia. Lamentujemy nad nikczemnością ludzi, lecz czyż Pan nie patrzy na nasze własne upadki? Sąd zaczyna się od nas samych. Pan rzekł do niego: „Przejdź przez środek miasta, przez środek Jerozolimy i nakreśl ten znak TAW na czołach mężów, którzy wzdychają i biadają nad wszystkimi obrzydliwościami w niej popełnianymi”. Do innych zaś rzekł, tak iż słyszałem: „Idźcie za nim po mieście i zabijajcie! Niech oczy wasze nie znają współczucia ni litości! Starca, młodzieńca, pannę, niemowlę i kobietę wybijajcie do szczętu! Nie dotykajcie jednak żadnego męża, na którym będzie ów znak. Zacznijcie od mojej świątyni!” (Ez 9, 4-6) Amos dał nam tę samą lekcję. Stwierdził, że im bardziej niezasłużone są łaski, tym większa jest kara. Jedynie was znałem ze wszystkich narodów na ziemi, dlatego was nawiedzę karą za wszystkie wasze winy (Am 3, 2).

Bóg przemawia przez Jeremiasza i mówi, że kara rozpoczyna się od świętego miasta, in civitate meaBo oto od miasta, na którym wzywano mojego imienia, rozpoczynam karę, a wy mielibyście pozostać nie ukarani? Nie ujdziecie kary, lecz raczej miecz powołam przeciw wszystkim mieszkańcom ziemi – wyrocznia Pana Zastępów (Jr 25, 29).

Abyśmy nie sądzili, że nie ponosimy odpowiedzialności za to, co spotyka świat w Nowym Testamencie, pozwólmy świętemu Piotrowi powtórzyć ostrzeżenie: Czas bowiem, aby sąd się rozpoczął od domu Bożego. Jeżeli zaś najpierw od nas, to jaki będzie koniec tych, którzy nie są posłuszni Ewangelii Bożej? (1 P 4, 17)

Ręka Boga najpierw uderzy w Kościół, a potem w świat. My, którzy jesteśmy strażnikami ustawionymi na murach, zostaniemy osądzeni jako pierwsi. Jerozolima została zniszczona tuż po tym, jak Pan dokonał oczyszczenia świątyni. Dom Jakuba cierpiał głód, zanim zaczęli głodować Egipcjanie. Żydzi zostali pojmani w niewolę, zanim Asyryjczycy wpadli w ręce Medów i Persów.

Skoro zatem straszliwe rzeczy a sanctuario meo incipite[2],  czyż my kapłani, nie powinniśmy pokutować za grzechy świata i strzec naszego kapłaństwa w świętości ze względu na nasz kraj i świat, czyż nie powinniśmy być wierni? Jeśli zatem sąd rozpocznie się od prezbiterium, od niego rozpocznie się także miłosierdzie. W ten sposób świat może zostać ocalony. Jaki wkład mogłoby wnieść pięćdziesiąt pięć tysięcy amerykańskich kapłanów (w 1963 r.) w zaprowadzenie pokoju na świecie, gdyby każdy z nich spędził w prezbiterium godzinę dziennie! I jakim błogosławieństwem dla każdego z nich byłaby chwila śmierci. Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności (Łk 12, 43).

Kończąc swą Godzinę Świętą, kapłan powtórzy za Janem Chrzcicielem: Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał (J 3, 30). Rzekoma wyższość bycia „w kancelarii” i rzekoma pośledniość bycia „jedynie wikariuszem” znikają przed tabernakulum. Jaka to w końcu różnica, czy kapłan zostaje pominięty przy przenosinach do „dobrej” (bogatej) parafii lub gdy „przeciętny” człowiek w diecezji otrzymuje ważny urząd kurialny. W obecności tabernakulum pewność siebie ustępuje pewności Chrystusa. Kapłan, który każdego poranka przez godzinę skupiony jest wyłącznie na Panu, nie poczuje się poważnie urażony biskupim „pominięciem”, nawet gdy awans należał się jemu. „Małość” naszego Pana w Eucharystii sprawia, że „wielkość” w kapłanie staje się absurdem.

Zamiast być „drużbą” w zaślubinach Chrystusa z Jego Kościołem, czasem postępujemy, jak gdybyśmy chcieli być Oblubieńcem – a tej pozycji Pan nie odda. W Godzinie Świętej kapłan uczy się tego, by troszczyć się jedynie o pogłębianie piękna Oblubienicy, Kościoła, aby była „święta i nieskalana” (Ef 5, 27) w dniu Zaślubin Baranka. Swojej parafii mówimy za świętym Pawłem z listu do Koryntian: Poślubiłem was przecież jednemu mężowi, by was przedstawić Chrystusowi jako czystą dziewicę (2 Kor 11, 2).

Żelazne prawo rządzi wpływem kapłana na innych: im bardziej jest napuszony, tym mniej uwielbiony jest Pan i Jego Kościół. Rozmyślanie nad „ogołoceniem się” Zbawiciela w Eucharystii zawsze będzie czyniło kapłana świadomym tego, że jest księżycem, który świeci światłem odbitym od słońca. Żaden eucharystyczny biskup nie powie, a nawet nie pomyśli: „W ciągu dziewiętnastu lat zbudowałem dwadzieścia jeden szkół, czterdzieści trzy nowe parafie i sześć klasztorów”. Zbyt dobrze wie, kto dał na to pieniądze – ludzie! Wie zbyt dobrze, kto dał władzę – Kościół! Wie zbyt dobrze, kto dał pomoc – jego kapłani! Każdego dnia słyszy, jak Pan szepce z tabernakulum: Któż będzie cię wyróżniał? Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał (1 Kor 4, 7).

Gdyby Pan nie dał nam powołania, kim byśmy byli? Agentami ubezpieczeniowymi, kierowcami ciężarówek, nauczycielami, lekarzami, rolnikami, kelnerami? Pan wybrał nas nie dlatego, że byliśmy najlepsi. Wybiera On „kruche naczynia”. I gdy gromadzimy się wspólnie wokół Eucharystii i spoglądamy na siebie nawzajem, pojmujemy w naszych sercach prawdziwość słów świętego Pawła: Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych (1 Kor 1, 26).

Nie jesteśmy najlepsi, inaczej moc Ewangelii byłaby w nas, a nie w Duchu. Ale gdzież można lepiej pojąć tę prawdę niż w obliczu Tajemnicy, która zdaje się być chlebem, lecz jest Emmanuelem; tak małym, że nasze dłonie mogą go przełamać, a jednak tak pełnym mocy, że przełamanie go odnawia Mękę i śmierć Chrystusa? Umniejszający się kapłan, to wzrastający Chrystus. Gdy Eucharystia jest niczym więcej niż odległym tłem naszego życia, to tak, jak gdybyśmy słońce, będące nisko nad horyzontem, mieli za plecami. Rzucamy cień, a im niżej znajduje się słońce, tym dłuższy jest nasz cień. Gdy Pan jest tak daleko od nas, że staje się ledwie widoczny, nasze własne ego, podobnie jak nasz cień, zdaje się zyskiwać na ważności, a nasze opinie i dzieła nabierają pozorów wielkiego znaczenia. Jest to jednak złudzenie. Jeśli, przeciwnie, każdy dzień rozpoczynamy od spoglądania na Eucharystię, nasze wschodzące słońce, cień ego nie skrywa już naszego prawdziwego oblicza, a gdy Słońce Sprawiedliwości sięgnie zenitu, ginie wszelkie ego. Wówczas dusze powierzone naszej pieczy, niczym Apostołowie podczas Przemienienia, „nikogo już nie widzą przy sobie, tylko samego Jezusa” (Mk 9, 8).

Jedynym wymogiem jest odważna wiara, a nagrodą jest głębia intymności dla tych, którzy pielęgnują swą przyjaźń z Nim. Trwanie z Chrystusem jest duchową wspólnotą, jak powiedział owej podniosłej i świętej nocy Ostatniej Wieczerzy, którą wybrał, by dać nam Eucharystię. Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was (J 15, 4). Zaprasza nas On do swego mieszkania. Abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem (J 14, 3).

Jakże dalecy jesteśmy od przeżywania radości naszego kapłaństwa, gdy nasze jedyne spotkania z Panem są „publicznymi audiencjami” – podczas Mszy Świętych, nabożeństw, stacji Drogi Krzyżowej, wtedy, gdy musimy tam być. Pan pragnie „prywatnych audiencji”. Pragnie przedłużonej audiencji, pełnej godziny. Święci Jan i Andrzej pozostali u Niego przez cały dzień!

Przypisy:
[1] Łac. Źródło i szczyt.
[2] Łać.: „zacznijcie od Mego sanktuarium”.

Powyższy artykuł stanowi rozdział z książki „Kapłan nie należy do siebie” (ang. „The Priest is Not His Own”) w tłumaczeniu Izabelli Parowicz, która ukaże się w grudniu nakładem Wydawnictwa Diecezji Sandomierskiej. Specjalne podziękowania za możliwość publikacji tekstu kierujemy pod adresem administratorów strony: www.abpsheen.pl oraz facebook.com/arcybiskupfultonjsheen/ 

 

*Abp Fulton J. Sheen – ur. 8 maja 1895r. w El Paso, w stanie Illinois. Przy Chrzcie św. jego matka poświęciła go Najświętszej Marii Pannie, a on sam odnowił ten akt poświęcenia przy pierwszej Komunii św. Święcenia kapłańskie otrzymał 20 września 1919r. W tym czasie złożył swoją słynną obietnicę, że codziennie będzie spędzał „świętą godzinę” adorując Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Przysięgi tej wiernie dochował przez całe swoje życie kapłańskie. Zasłynął jako kaznodzieja, pisarz i nauczyciel wiary. Otworem stały dla niego wszystkie ówczesne media w USA. W latach 1930-1952 występował ze swoją audycją pt. „Godzina Katolicka” w ogólnokrajowych stacjach radiowych, docierając do ok. 4 milionów słuchaczy, którzy co niedzielę zasiadali w tym celu przed odbiornikami radiowymi. Jego największym sukcesem medialnym okazała się jednak seria programów telewizyjnych pt. „Warto żyć – Life is Worth Living”. Mimo silnej konkurencji ze strony innych popularnych prezenterów, programy arcybiskupa gromadziły przed telewizorami ok. 30 milionów widzów, również niekatolików, i w drugim roku nadawania przyniosły mu nagrodę Emmy. Był również autorem 65 książek i 64 felietonów, redagował dwie kolumny w tygodnikach i prowadził obfitą korespondencję. Jednym z efektów tej medialnej ewangelizacji było nawrócenie wielu osób na Wiarę Katolicką, wśród nich osób sławnych i bogatych, np. Clare Booth Luce i Henry Ford II, oraz wielkiej ilości zwykłych ludzi. W 1950r. praca arcybiskupa przybrała nowy kierunek. Został mianowany Krajowym Dyrektorem Biura Krzewienia Wiary, którą to pozycję piastował do 1966r. Jego popularność była olbrzymim autem, dzięki któremu zbierał wielkie ilości środków (włączając w to jego własne honoraria telewizyjne) przekazywanych na rzecz misji katolickich na świecie. Często mówił: „Moją największą miłością są Misje Kościoła”. Wraz z papieżem Janem XXIII wyświęcił kilku biskupów misyjnych w latach 1960 i 1961. On sam otrzymał sakrę biskupią z rąk Kardynała Piazzy w Rzymie w 1951 r. Brał udział w obradach Soboru Watykańskiego II i został powołany do Komisji d.s. Misji przez papieża Pawła VI. W 1966r. Paweł VI mianował go biskupem diecezji Rochester w stanie Nowy Jork (1966-1969). W wieku 75 lat złożył swoją rezygnację na ręce papieża, który mianował go wówczas arcybiskupem tytularnej diecezji Newport w Walii. Ostatnie lata swojego życia spędził na nauczaniu i pisaniu. Cierpiał na poważną chorobę serca. Bóg powołał go do Siebie 9 grudnia 1979 r. Zmarł w swojej domowej kaplicy, przed Najświętszym Sakramentem. Jego życie w pięknych słowach podsumował Papież Jan Paweł II w trakcie spotkania w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku 3 października 1979 r.: „Dobrze pisałeś i mówiłeś o Chrystusie Panu. Zawsze byłeś lojalnym synem Kościoła”.  Arcybiskup Fulton J. Sheen pochowany jest w katedrze św. Patryka w Nowym Jorku. Obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny.
Źródło: Ulotka „The Life of the Servant of God”, wydana przez The Archbishop Fulton John Sheen Foundation www.archbishopsheencause.org

Udostępnij Tweet