Katecheta dobrze obecny w szkole – Jadwiga Skolmowska

„Jeżeli więc język, którym przekazujesz mi powody swego postępowania,
nie jest poezją, która niesie mi jakąś głęboką nutę mówiącą o tobie,
 jeżeli nie zawiera nic niewyrażalnego, co jednak chcesz mi przekazać,
nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”
/Antoine de Saint-Exupéry, Twierdza/

 

Nauczanie i wychowanie to proces. Zatem Ci, którzy są odpowiedzialni za jego przebieg także muszą dojrzewać, muszą chcieć zostać nauczycielem. Nauczycielem nie zostaje się przy okazji, obok, z definicji, z urzędu, z nadania, chwilowo, w biegu, dla emerytury i opłaty składki zusowskiej, dla przywilejów i wygód zagwarantowanych Kartą Nauczyciela, po to, by młodsi spełniali nasze oczekiwania…, a już na pewno nie nauczycielem katechetą. Po dwudziestu latach w tym zawodzie wiem to bardziej.

Wychowywanie i nauczanie młodego człowieka oraz własne dojrzewanie w zawodzie to procesy równolegle, od siebie zależne. Mam nieodparte wrażenie, że w ich realizacji szczególnie upodobaliśmy sobie słowo „muszę”, zapominając, że w izolacji spowoduje zaprzeczenie, odrzucenie i bylejakość. Dlatego tak ważne jest, by najpierw było „chcę”.

Już prawo oświatowe w swoim zapisie wskazuje, że na religię przychodzą uczniowie, których rodzice tego chcą, a po osiągnięciu pełnoletniości, wtedy, gdy sami mają potrzebę. Ona natomiast może być wynikiem tego, czy chce lub chciał katecheta, czy jest lub był dobrze obecny w przestrzeni szkoły na poziomie poznania – rozumu, emocji i wartości (lógos, páthos i étos). Na wszystkich tych płaszczyznach działał proporcjonalnie, adekwatnie do wieku, możliwości i sytuacji, żadnej z nich nie pomijając. W tym wyraża się sztuka pracy nauczyciela, a w opinii środowiska szkolnego, szczególnie duchownego, katolickiego księdza i siostry zakonnej. Ale przecież to również przykład uczciwego, odpowiedzialnego i chrześcijańskiego działania, by wraz z kolejnymi etapami edukacji  nie wzrastała  liczba tych, dla których lekcje religii to: „strata czasu i kolejne obciążenie” (zasłyszane od rodziców i nauczycieli), „bez związku z rozwojem życia duchowego i nie mające nic wspólnego z wiarą” (zasłyszane od uczniów).

Kiedy rozmawiam z kandydatami do kapłaństwa – przyszłymi nauczycielami katechetami o perswazji języka, sztuce przekonywania i o dobrej komunikacji,  odwołując się np. do skuteczności kampanii reklamowych funkcjonujących w przestrzeni publicznej i poprawności językowej w kontekście ewangelizowania szkolnego słyszę niekiedy uwagę, że kościół to nie supermarket, a lekcje religii to nie akcja promocyjna towaru. I trudno się z tym nie zgodzić na poziomie sensów dosłownych. O ile te pierwsze sprawnie kreują konsumpcyjne potrzeby współczesnego człowieka jednocześnie je zaspakajając, to te ostatnie właśnie, mają szansę tworzenia potrzeby życia duchowego i służącym im praktyk religijnych, nadania sensu pewnym gestom, uwiarygodnieniu i wyjaśnieniu rzeczywistości, daniu odpowiedzi na trudne pytania, nie uciekania od szukania rozwiązań, gotowe zmierzyć się z ciekawością i buntem młodego człowieka, zatem bycia dobrze obecnym w szkole.

Mówiąc więc z perspektywy doświadczenia nauczania i zarządzania liceum ogólnokształcącym, zauważam, że cały proces edukacji i wychowania na tym etapie opiera się na wytwarzaniu i uświadamianiu młodemu człowiekowi potrzeby i celowości podejmowanych zadań. Lekcja religii to przekazanie mu wiedzy, umiejętności i nauczenie postaw pozwalających na funkcjonowanie w świecie i nabycie sprawności do realizowania ról, które będzie w nim odgrywać. To w końcu przygotowanie ucznia do znalezienia się w rzeczywistości,  której katecheta nie jest w stanie przewidzieć. Taka lekcja religii, to nie tylko obecność, ale przede wszystkim dobra obecność katechety i ucznia w szkole.

Jadwiga Skolmowska – nauczyciel języka polskiego, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. K. Brodzińskiego w Tarnowie.

Udostępnij Tweet