Kapłan – sługa liturgii – ks. Mateusz Świstak

Dobiega końca okres Wielkiego Postu. Wielkimi krokami zbliża się celebracja najważniejszych wydarzeń w roku liturgicznym – Triduum Paschalnego. W tej perspektywie chciałbym pochylić się nad rzeczywistością, która stanowi centrum życia kapłańskiego par excellence – nad liturgią. Kiedy bowiem mówimy o kapłaństwie jako służbie, musimy sobie zdać sprawę z tego, że to właśnie w liturgii postawa służby ma swoje szczególne miejsce i znaczenie.

W starożytności używano nieraz powiedzenia ex oriente lux – światło przychodzi ze wschodu, najczęściej mając na myśli światło słoneczne, choć warto nieco szerzej rozumieć to stwierdzenie, także w sensie teologicznym, odkrywając bogactwa tamtejszej myśli teologicznej i praktyki życia duchowego. Odwołując się do doświadczenia pracy w środowisku duchowości Wschodu, chciałbym zwrócić uwagę na to, że liturgię powinniśmy rozumieć nie jako musztrę, a idąc za wschodnią teologią, jako rzeczywistość bardzo głęboką i dotykającą właściwie całej sfery życia człowieka. Liturgia na ziemi ma być odblaskiem niebieskiej rzeczywistości; ma wprowadzać człowieka w nowy świat, w nowe stworzenie; ma mu już tu na ziemi dawać odczuć przedsionek nieba i ukazywać już teraz to, czego kiedyś staniemy się uczestnikami. Zadaniem kapłana jest natomiast pomóc wiernym wejść w takie rozumienie i przeżywanie liturgii.

Francuski teolog Jean Corbon, który większość swojego życia spędził w Libanie (został kapłanem obrządku maronickiego), w swojej najsłynniejszej książce „Liturgie de source” (Liturgia źródła) mówi wprost, że w życiu Kościoła liturgia jest źródłem wody życia wypływającym z wnętrza Trójcy i rozlewającym się na całe stworzenie. Po lekturze tej książki można dojść do wniosku, że tak naprawdę liturgia jest dla Kościoła wszystkim: sensem, celem, źródłem, że w liturgii można dostrzec całą Boża ekonomię zbawienia. Słowa te nie są niczym innym, jak echem nauczania Soboru Watykańskiego II, który liturgię nazwał fons et culmen – źródłem i szczytem całej działalności Kościoła. Teologiczna myśl Corbona odzwierciedla bardzo klarownie wschodnie rozumienie kultu Bożego – jest to niepojęty dar; coś, co otrzymujemy; coś, co przekracza nasze pojmowanie; coś, co nie jest naszą zasługą; wobec czego nie możemy sobie pozwolić na nonszalancję, brak szacunku, a tym bardziej na ingerencję czy zmianę. Przed taką świętą rzeczywistością możemy jedynie stanąć w zachwycie i być wdzięcznymi Bogu, że dał nam możliwość uczestniczenia w tym, co całkowicie przekracza granice naszej ludzkiej natury. Może właśnie owo wschodnie lux pozwoli nam u progu Triduum Paschalnego wejść głębiej w rzeczywistość, którą sprawujemy, której mamy służyć i którą także winniśmy należycie przeżywać.

Właściwie najczęściej zadawanymi pytaniami, w kontekście liturgicznej celebracji, są kwestie dotyczące tego, jak należy celebrować, jak odprawiać, jak przygotować asystę itd. Nie ma w tym nic niewłaściwego, bo troska o właściwe podejście do rytuału jest jak najbardziej zrozumiała i godna pochwały. Większym problemem wydawać się zdaje kwestia tego, że często na tym się zatrzymujemy, nie idziemy głębiej, dalej, nie stawiamy sobie o wiele ważniejszego pytania, które powinno brzmieć: co sprawujemy, czy też celebrujemy? Tak właściwie, bardziej potrzebnym wydaje się pytanie nie „jak to ‘zrobić’?”, ale przede wszystkim: „co my tak naprawdę robimy?” I to pytanie powinno być pierwszym, fundamentalnym. Przystępując do ołtarza, by sprawować Mszę św., rozpoczynając nabożeństwo, czy nawet przygotowując próbę asysty ministranckiej, w pierwszej kolejności muszę sobie zadać pytanie, co tak naprawdę czynię, jaki jest sens obrzędów, ich symbolika. I jest to sprawa podstawowa, a od właściwego jej zrozumienia zależy cała reszta, także mój sposób celebracji czy przygotowania innych do niej.

Sięgnijmy zatem do wschodniego rozumienia kultu, by dzięki niemu wejść w głębię sprawowanej przez nas liturgii. Wschód uznaje liturgię za podstawową formę przekazu wiary, zgodnie ze znaną nam łacińską zasadą lex orandi lex credendi – sposób modlitwy ukazuje stan wiary; w jaki sposób się modlisz, tak i wierzysz. Mając w pamięci to stwierdzenie spójrzmy na rzeczywistość liturgii w życiu kapłańskim i znaczenie takiej postawy w życiu wiernych.

Kapłan, jako ten, który we wspólnocie wierzących działa in persona Christi, stanowi dla wiernych powierzonych jego pieczy pierwszy odnośnik i wzór przeżywania liturgii. Można pokusić się o pewną parafrazę wspomnianej wcześniej łacińskiej maksymy i powiedzieć, że jaka modlitwa kapłana, zwłaszcza, gdy sprawuje Eucharystię, taka jest i wiara jego wspólnoty. Żeby nie brzmiało to tylko jako pusty slogan, czy wręcz kontrowersyjne stwierdzenie odwołam się do słów abpa Fultona J. Sheena, dziś już Sługi Bożego: „Jesteśmy eucharystycznymi kapłanami. Obserwuj kapłana odprawiającego Mszę Świętą, a będziesz mógł powiedzieć, jak traktuje on dusze w konfesjonale, jak posługuje chorym i ubogim, czy jest on bądź też nie jest zainteresowany nawracaniem ludzi, czy bardziej chce on zadowolić Biskupa, czy raczej Pana Boga, czy zachęca on do przyjęcia cierpienia osobom,  które ono dotyka, czy jest on zarządcą, czy raczej pasterzem, czy kocha on bogatych, czy raczej bogatych i biednych, czy wygłasza on koniunkturalne kazania, czy raczej głosi on słowa Chrystusa. Moralny rozkład kapłaństwa rozpoczyna się od braku żywej wiary w Boską Obecność i od wiary tej bierze też początek świętość kapłaństwa”. Zwróćmy uwagę zwłaszcza na ostanie zdanie: wiara w obecność Boga w sprawowanych obrzędach jest fundamentem. Sposób w jaki my, kapłani sprawujemy Rzeczy Najświętsze, jak je traktujemy, jest wyznacznikiem prawdziwości naszej misji, powołania, nauczania, jest znakiem naszej wiary, a to przecież świadectwem naszej wiary mają się budować nasi parafianie, nasi podopieczni, nasze wspólnoty.

Tak często zachęcamy do pobożnego uczestnictwa w liturgii, do przeżywania jej, ale czy sami w pierwszej kolejności dajemy tego przykład? Czy wierni, którzy słyszą taką zachętę, a potem widzą kapłana, który niedbale sprawuje sakramenty, celebruje tak, aby jak najszybciej skończyć, skraca czy upraszcza obrzędy (fałszywie tłumacząc sobie to wyimaginowanymi potrzebami duszpasterskimi) dostrzegą w nim wzór prawdziwej modlitwy, przykład przeżywania najświętszych spraw? Czy nasza bylejakość w celebracji, nonszalancja w podejściu do źródła i szczytu życia Kościoła, jakim jest liturgia, nie jest w jakiejś mierze powodem słabnięcia wiary w naszych wspólnotach? Często zarzucamy ludziom, że są niecierpliwi na Mszy św., że spoglądają na zegarek, że skarżą się na nudę w czasie jej trwania, ale czy przypadkiem sami do tego nie doprowadzamy przez nasz sposób celebracji? Jak parafianin, który słyszy słowa o pięknie Eucharystii ma Ją rzeczywiście traktować z powagą i szacunkiem, jeśli nie dostrzega tego w postawie samego kapłana, w jego gestach, zachowaniu przy ołtarzu, jeśli widzi, że tę Najświętszą Rzeczywistość kapłan traktuje byle jak, bez przygotowania, bez należnej czci?

Inną sprawą pozostaje niejednokrotnie podejście nas kapłanów do prawa liturgicznego. Przywołajmy tu słowa św. Jana Pawła II z encykliki Ecclesia de Eucharistia, którą uważam za duchowy testament Papieża Polaka: „Kapłan, który wiernie sprawuje Mszę św. według norm liturgicznych, oraz wspólnota, która się do nich dostosowuje, ukazują w sposób dyskretny, lecz wymowny swą miłość do Kościoła” (EdE 52). Czy rzeczywiście traktujemy normy liturgiczne i ich przestrzeganie jako wyraz naszej miłości do Mistycznego Ciała Chrystusa? To tutaj właśnie najpełniej ma się ukazać nasza postawa służby. Jeżeli będziemy rozumieć prawo liturgiczne jedynie jako zbiór suchych i sztywnych przepisów, jeżeli nie odkryjemy głębokiego rozumienia liturgii i świadomości tego, co sprawujemy, to nasze celebrację staną się puste, zamiast życiodajnego źródła zmienią się w popękane cysterny, które nie utrzymują wody (por. Jr 2, 13).

Papież apeluje o posłuszeństwo Kościołowi w jednej z najważniejszych dziedzin jego życia nie bez powodu. Posłuszeństwo liturgicznym normom i przepisom broni nas przed nadmiernym eksponowaniem siebie w liturgii, przypomina nam, że w tej materii jesteśmy sługami, a nie panami i władcami sytuacji, że otrzymaliśmy obrzęd Mszy św. w darze i mamy go przyjąć z szacunkiem i pokorą, a nie przerabiać według własnego upodobania. Znowu odwołam się do doświadczenia mentalności Kościoła Wschodu – w liturgii bizantyjskiej na sprawowanie Eucharystii używa się potocznie określenia „Służba Boża”. Pokazuje to, w jakim miejscu – ja jako kapłan – mam siebie widzieć podczas celebracji: jestem sługą. Warto sobie przypomnieć tutaj słowa Jezusa: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17, 10). Jeszcze bardziej wymownym jest określenie oficjalne „Boska Liturgia” (Theia Litourgia), które wyraźnie pokazuje, Kto jest tak naprawdę na pierwszym miejscu. Co ciekawe, wśród wschodnich duchownych często i to nie bez zdziwienia, pojawiają się pytania odnośnie liturgii łacińskiej i sposobu jej celebrowania w stylu: jak w ogóle jest możliwe, że ksiądz coś sobie zmienia według własnego upodobania? Jak można eksperymentować, czy wręcz bawić się Boskimi Rzeczywistościami? W sytuacji tamtej wrażliwości liturgicznej, próba zmiany rytuału na własną rękę postrzegana jest niejednokrotnie jako zamach na największą Świętość. We współczesnym dialogu ekumenicznym z Kościołem prawosławnym właśnie takie argumenty są często podnoszone, jako zarzut przeciw nam, katolikom.

A niestety często dotyka nas pokusa, żeby do sprawowanych obrzędów coś od siebie dodać, coś zmienić, czy skrócić, bo za długo, bo ludziom się nudzi. Wprowadzamy do obrzędów własne urozmaicenia, żeby Mszę św., czy ogólnie liturgię, uatrakcyjnić, żeby ludziom się bardziej podobało, żeby dobrze się czuli. Oczywiście, tłumaczymy to wzniosłymi pobudkami, próbą przybliżenia wiernych do Pana Boga, ułatwieniem im przeżywania obrzędów. Czyżbyśmy jednak nie mieli zaufania do Kościoła, który powierza nam to, co ma najcenniejszego – Boga ukrytego pod osłoną liturgicznych znaków i obrzędów? Dlaczego nie pozwolić na to, by to rubryki mszalne, a nie nasza „radosna twórczość” prowadziły nas przez celebrację? Czy przypadkiem nie mamy pokusy „poprawiania” w ten sposób Pana Boga? Niejednokrotnie, zwłaszcza na Mszach św. z udziałem dzieci czy młodzieży potrafimy mnóstwo wysiłku włożyć w przygotowanie kazania pełnego rekwizytów, połączonego z inscenizacjami, czasem nawet z dosyć dziwacznymi pomysłami, a resztę Mszy – w tym najważniejszą jej część – modlitwę eucharystyczną, odprawiamy z pośpiechem, żeby nie przedłużać. Następuje wtedy niebezpieczne zachwianie sensu tego, co sprawujemy. Pozbawiamy wiernych tak dziś potrzebnej im ciszy, chwil skupienia, zastanowienia. Dochodzi do tego, że Eucharystia niczym nie różni się od pełnego zgiełku placu zabaw, szkolnego korytarza czy ruchliwej miejskiej ulicy. Poddajemy się w sposobie celebracji dość łatwo ogólnemu trendowi, że wszystko ma być dziś łatwe, proste, niewymagające, przyjemne, działać na emocje, pobudzać zmysły. Tylko czy sprawując w taki sposób liturgię, czy przez takie przeszczepianie światowego stylu bycia do liturgii, która jest rzeczywistością nie z tego świata, nie pozbawiamy naszych wspólnot możliwości odczucia już tu na ziemi przedsmaku nieba? Liturgia musi być inna od świata zewnętrznego, bo Bóg sam jest nieskończenie inny. Człowiek przechodząc przez próg świątyni wchodzi w rzeczywistość Bożej ekonomii, gdzie działają reguły nowego życia, gdzie uobecnia się całe dzieło zbawcze Jezusa Chrystusa. Jak liturgia ma porywać duszę ku niebu, jeśli jest przesiąknięta ziemskim zgiełkiem, chaosem, niczym nie różni się od świata, jaki znajduje się poza murami świątyni? Jeżeli nasze ziemskie liturgie nie będą odblaskiem tej jedynej wiecznej i niebieskiej liturgii, jaka ma swoje źródło w Trójcy Świętej, z Niej wypływa i do wspólnoty z Nią nas prowadzi, to nie dziwmy się, że Msza św., czy każda inna celebracja będzie nas i innych nużyć. Dzisiejszy człowiek żyje w zagubieniu, krzyku i hałasie. Zróbmy więc wszystko, by dać mu możliwość doświadczenia rzeczywistości z goła innej, bo przecież to właśnie tutaj, w liturgii, najpełniej okazują się prawdziwymi słowa Jezusa: „nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata” (J 15, 19).

Już niedługo Triduum Paschalne, szczyt całego roku liturgicznego, celebracja fundamentu naszej Wiary, Paschy Chrystusa, Jego przejścia ze śmierci do życia, w którą jesteśmy włączeni przez sakrament chrztu. Pomyślmy, jak przygotowujemy te największe celebracje, jak je przeżywamy i czy czynimy wszystko, by naszym wiernym umożliwić wejście w ten nurt Bożego życia, jakim jest liturgia. Mamy niezwykłą szansę wprowadzić naszych wiernych w głębię liturgii, w bogactwo obrzędów, znaków, słów i symboli. Czy to zrobimy? Ilu z nas wybierze bogaty i uświęcony tradycją Kanon Rzymski zamiast krótkiej i prostej drugiej modlitwy eucharystycznej? Ilu z nas przeczyta nieskrócony opis Męki Pańskiej? W ilu naszych parafiach Wigilia Paschalna będzie rzeczywiście świętowaniem jedynej nocy, „która była godna poznać czas i godzinę zmartwychwstania Chrystusa”, a nie późnego popołudnia? Czy w tę noc nie ograniczymy stołu Słowa Bożego do minimum? W ilu naszych parafiach pojawi się paschał będący rzeczywiście owocem pracy pszczelego roju? Ilu z nas przeczytało dogłębnie „List okólny o przygotowaniu i obchodzeniu Świąt Paschalnych” i stosuje jego zalecenia w praktyce? Nawiasem mówiąc, swego rodzaju tragedią jest to, że w większości naszych parafii wierni praktycznie nie mają (poza kilkoma wyjątkami) możliwości usłyszenia słów Kanonu Rzymskiego – modlitwy, która przez około półtora tysiąca lat stanowiła fundament Mszy św. Stwierdzenie, że „będzie za długo” nie jest dobrym argumentem, bo jeśli trzeba, to potrafimy w czasie jednej Mszy św. powiedzieć trzy kazania i wtedy wcale za długo nie jest. Innym nieszczęściem naszych wspólnot jest zacieranie czytelności znaków, jak choćby światła i ciemności w Wigilię Paschalną przez niewłaściwą porę jej sprawowania. Czy w ten sposób nie podcinamy korzeni, z których sami wyrastamy? Dajemy ludziom liturgię zniekształconą, sztuczną, często w sposób szybki i niechlujny, a potem dziwimy się, że ona nuży ludzi, nie ma wpływu na ich życie, nie buduje ich wiary. Tylko, że zamiast robić to, co należy i jak należy, jeszcze bardzie ulegamy pokusom zmieniania, sztucznego uatrakcyjniania. Jeżeli sami nie będziemy mieć świadomości wagi celebracji i nie będziemy przeżywać jej tak jak trzeba, to nie ma się co dziwić, że nie będzie ona dla ludzi źródłem wiary.

Te słowa mogą dla niektórych zabrzmieć jak swoisty rachunek sumienia, mogą burzyć dotychczasowe schematy, a nawet wywoływać oburzenie. Ale tak powinno być, bo potrzebujemy ciągle na nowo uświadamiać sobie wielkość, ale też odpowiedzialność powierzonych nam skarbów Bożej miłości. Warto bowiem czasem mieć więcej zaufania do mądrości Kościoła, postarać się w duchu posłuszeństwa i szacunku przyjąć liturgię jako dar, jako bezcenne bogactwo, za które jesteśmy odpowiedzialni i które mamy innym przekazać w nienaruszonym stanie. Warto przełamać pokusę „ulepszania” Kościoła i celebracji jego misteriów, zrozumieć i uwierzyć tak naprawdę w to, że jesteśmy tylko narzędziami, czasem bardzo kruchymi w rękach naszego Pana i Mistrza. Ale On nam zaufał, powierzył Siebie samego w nasze grzeszne ludzkie ręce. Mamy Boga w naszych rękach, nie potrzebujemy niczego więcej, nie trzeba szukać nadzwyczajnych środków, zmieniać, poprawiać, udziwniać. Dać innym Boga takim, jak On sam siebie nam daje – cichy, pokorny, pełen miłości, zawsze wierny, zawsze przebaczający. Pozwólmy Mu wprowadzić się w piękno celebracji Jego zbawczych tajemnic zaś świadectwem naszej wiary pomagajmy innym zaczerpnąć z niewyczerpanego źródła wody życia, jakim jest liturgia. Przeżywajmy każdą sprawowaną Eucharystię nie jako obowiązek do wykonania, ale jak najważniejszą czynność całego dnia. Dajmy wyraz naszej głębokiej wiary w misteria, które sprawujemy. Zadbajmy o skupienie, o atmosferę pełną szacunku i powagi, a jednocześnie bliskości i spokoju. Postarajmy się zachować chwile milczenia, choćby po Ewangelii, gdy nie głosimy homilii, czy po Komunii św. (oczywiście nie chodzi tu o przesadę; wszystko z umiarem). Nie pozwalajmy na to, by nasi wierni widzieli w naszych gestach i postawie pośpiech, czy zdenerwowanie. Dajmy im już tu na ziemi, pośród trudności i kłopotów dnia codziennego odczuć niebo. Unikajmy pokusy stawiania siebie w centrum, jakby to, że na ołtarzu dokonuje się największy cud na tej ziemi, zależało tylko i wyłącznie od nas, strzeżmy się postawy celebryty, showmana. Uczmy się być w liturgii sługą Bożych tajemnic.

Bibliografia
Jan Paweł II, enc. Ecclesia de Eucharistia.
Sobór Watykański II, konst. Sacrosanctum Concilium.
Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, List okólny o przygotowaniu i obchodzeniu Świąt Paschalnych.
Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, instr. Redemptionis Sacramentum.
Fulton J. Sheen, The Priest is Not His Own, San Francisco 2004.
Jean Corbon, Liturgie de source, Paris 2007.
Joseph Ratzinger, Sakrament i misterium. Teologia liturgii, Kraków 2011.
Paul Evdokimov, Prawosławie, Warszawa 2003.

Ks. Mateusz Świstak – wyświęcony w 2012 r., od lipca 2016 na Ukrainie (archidiecezja lwowska, parafia Brody); zainteresowania: liturgika (ostatnio zwłaszcza ryt bizantyjski), muzyka, historia, turystyka; zafascynowany dorobkiem teologicznym Benedykta XVI i nauczaniem abp Fultona Sheena.

 

Udostępnij Tweet