Tożsamość kapłańska. Między dojrzałością a powierzchownością – ks. Mateusz Świstak

Chciałbym, by ten artykuł był wstępem do cyklu refleksji nad życiem kapłańskim, a co za tym idzie, nad posługą kapłana jako duszpasterza.

Nie brak dziś dogłębnych opracowań, statystyk, naukowych badań nad zjawiskami zachodzącymi w życiu Kościoła. Poddaje się ocenie, nieraz dość surowej, także samych kapłanów, wymagając od nich dostosowania się do zmieniających się okoliczności, elastyczności duszpasterskiej czy nierzadko pobłażliwości dla niezbyt gorliwych wiernych. Mając doświadczenie pracy w realiach całkowicie różnych od spotykanych w Polsce, a tym bardziej w naszej diecezji, dostrzegam coraz lepiej, że tak naprawdę w ocenie pracy kapłana nie chodzi wcale o wymierne, a tym bardziej spektakularne, efekty czy wyniki. Brzmi to może nieco kontrowersyjnie, bo przecież ciągle słyszy się o potrzebie ożywienia parafii, rozbudzenia uśpionych wiernych, rozpalenia charyzmatów itd. Kapłan ma być dziś swoistym menedżerem, celebrytą, gotowym do wszelkich działań i wyposażonym we wszelkie możliwe umiejętności, byleby tylko mógł zaoferować wiernym coraz to nowe doznania i atrakcje, pokazując tym samym, że jego pomysły duszpasterskie przynoszą konkretne efekty. Stąd nie jest bezpodstawne stwierdzenie, obecne już kilka lat w sferze publicznej, że duszpasterstwo polskich parafii opiera się już nie tylko na tradycyjnych formach, jak np. róże różańcowe, bractwa, stowarzyszenia, grupy młodzieżowe czy wspólnoty formacyjne, ale coraz częściej daje się dostrzec nastawienie na spektakularne i efektowne działania. Im więcej się dzieje, tym lepiej. Im więcej akcji duszpasterskich, wydarzeń, spotkań, tym na lepszym poziomie sytuuje się parafia, wspólnota bądź sam duszpasterz. Ale czy na pewno?

Jak uczy doświadczenie, nie zawsze jednak widowiskowość idzie w parze ze skutecznością. Często niestety nastawienie jedynie na efekty przysłania właściwy sens przepowiadania, dając wiarę opartą na emocjach, a nie głęboką i solidnie ugruntowaną. Podobne doświadczenia, choćby z krajów Europy Zachodniej, które znacznie wcześniej niż Polska weszły na drogi tak rozumianego duszpasterstwa, podpowiadają, że na dłuższą metę nie przynosi to zamierzonych efektów, a czasem wręcz przeciwnie, staje się przyczyną osłabienia wiary lub jej wypaczenia. Nadmierna aktywność w sferze zewnętrznej pracy duszpasterskiej może skutkować niebezpieczną powierzchownością wiary, uwarunkowanej i wartościowanej jedynie doznawanymi przeżyciami. Jest to swego rodzaju pokusa, by robić jak najwięcej, na wszelkich płaszczyznach, nie zwracając zbytnio uwagi na sensowność tego typu działań, a tym bardziej na dalekosiężne skutki takiego traktowania sprawy.

Kiedyś kard. Joseph Ratzinger wypowiedział dość szokujące słowa: „Kościoła nie trzeba budować, trzeba nim żyć”. Może potrzeba nam dzisiaj właśnie takiej zmiany orientacji duszpasterskiej, niczym przewrotu kopernikańskiego, może potrzeba refleksji nad tym, co mamy, a nie nad tym, czego nam wciąż brakuje, co trzeba jeszcze zrobić, jaką nową akcję wymyślić; potrzeba refleksji nad tym, co ja mogę dać jako kapłan, a niekoniecznie, co i w jakiej dziedzinie mogę zorganizować; zastanowienia się nad tym, czym mogę się podzielić w zakresie osobistego doświadczenia wiary, a nie tylko czym mogę się pochwalić na polu duszpasterskiej działalności. Mamy bardzo wiele, mamy Boga w naszych rękach, a czasem wydawać by się mogło, że to ostatnia rzecz, o której myślimy, snując śmiałe plany.

Nie roszczę sobie prawa do wskazywania jedynych i ostatecznych rozwiązań, nie będę też podawał propozycji czy szukał nowoczesnych metod, żeby ożywić duszpasterstwo, przyciągnąć ludzi do Kościoła czy podjąć dzieło nowej ewangelizacji (jak dobrze znane są te hasła, wielokrotnie powtarzane na ambonach, w salach wykładowych i na sympozjach). Będzie to przede wszystkim – na tym mi bardzo zależy – próba podzielenia się tym, co sam przeżywam jako kapłan, co jest moim udziałem, czego doświadczam w konkretnym miejscu pracy i posługi. Być może będzie to także dla niektórych braci w kapłaństwie pomoc, wskazówka lub jakaś myśl, która pozwoli jeszcze bardziej uwierzyć w sens posługi kapłańskiej, w jej niewyobrażalne znaczenie, w jej wielką moc; uświadomić sobie, że tak właściwie to nie od samego narzędzia zależy efekt pracy, ale od Tego, kto się nim posługuje.

Ostatnimi czasy jednym z częściej pojawiających się określeń stosowanych w kontekście życia społecznego, politycznego, gospodarczego, a nawet osobistego we współczesnym świecie, także w Polsce, jest słowo „kryzys”. W zasadzie to wspomniane określenie może pasować do każdej dziedziny współczesnego życia, we wszystkim dziś można dostrzec znamiona kryzysu. Kryzys demograficzny dotykający Europę, kryzys energetyczny związany z prognozami o wyczerpaniu się złóż ropy naftowej i węgla, kryzysy polityczne wstrząsające państwami, zarówno rozwiniętymi, jak i bardzo biednymi, kryzys migracyjny, kryzys parlamentarny, kryzys wychowania, kryzys wartości, kryzys małżeństwa i rodziny, no i w końcu kryzys osobowości.

W tej sytuacji zrozumiałe staje się także mówienie o kryzysie duchowości, a ściślej o kryzysie wiary u współczesnego człowieka. Wiele jest znamion tego zjawiska. Zgodnie z dzisiejszymi trendami opisuje się je szczegółowo za pomocą narzędzi statystycznych. Na podstawie pozyskanych w ten sposób danych próbuje się diagnozować stan duchowy poszczególnych wspólnot czy wręcz całego Kościoła. Jednak podejście czysto statystyczne ma w sobie pewien dość poważny brak, mianowicie rzeczywistość duchowa nie pozwala się zamknąć jedynie w kategoriach czystych liczb, jak choćby frekwencja podczas nabożeństw czy liczba i częstotliwość sprawowanych sakramentów. Nie da się bowiem rzeczywistości wiary zamknąć wyłącznie w suchych statystykach czy schematach. Jest to sprawa o wiele bardziej skomplikowana i głęboka, wymykająca się prostym rachunkom.

Fakt, że moja droga kapłańskiego życia i pracy zawiodła mnie na tereny byłego Związku Radzieckiego, sam niejako pozbawia mnie prawa do osądów czy formułowania wniosków na podstawie jakichkolwiek statystyk. Bo specyfika pracy duszpasterskiej za wschodnią granicą Polski właściwie nie zna czegoś takiego jak statystyka, jak liczenie wiernych uczestniczących w nabożeństwach czy udzielonych Komunii Świętych. Pojęcie „statystyka” właściwie nie funkcjonuje w życiu duszpasterskim, tak parafii, jak i – w niemałej mierze – całej diecezji. Zdanie najlepiej pokazujące tę odmienność postrzegania parafii, a może nawet wiary, usłyszałem od jednego z kapłanów pracujących w tej rzeczywistości już kilkanaście lat. „Najgorszym pytaniem, jakie można zadać księdzu na Ukrainie, jest pytanie: A ilu ksiądz ma parafian?”. I niczym zadziwiającym nie powinna być odpowiedź: „Nie wiem”. Nie wiem, bo czasem trudno to określić, bo nawet po kolędzie księdza przyjmują nie tylko katolicy, na nabożeństwa przychodzą często wierni z parafii greckokatolickich. Z własnego doświadczenia pracy duszpasterskiej mogę powiedzieć, że w swojej parafii spotykam się z wiernymi, którzy jeszcze nie mogą o sobie powiedzieć do końca, że są np. katolikami rzymskimi, bo są wychowani we wschodniej tradycji, a parafię rzymskokatolicką traktują jako okazję do poznania czegoś nowego. Są też i tacy, którzy będąc łacinnikami, biorą udział w uroczystościach obrządku wschodniego ze względu na rodzinę lub po prostu z sobie tylko znanych powodów. W Boże Narodzenie kościół pęka w szwach, bo przyszli wszyscy, i grekokatolicy, i nawet prawosławni, a w zwykłą niedzielę niczym nadzwyczajnym nie są puste ławki. Bywa i tak, że wierni obydwu obrządków uczęszczają jednego dnia do kościoła, a drugiego do cerkwi, i nikogo to nie dziwi. W jednej z wiosek, w której znajduje się kaplica dojazdowa, nie ma problemu, gdy czasem nie mogę odprawić Mszy św., bo trzeba gdzieś wyjechać, a znaleźć zastępstwo dość trudno (najbliższa parafia jest oddalona o 30 km, a tamtejszy ksiądz również ma kilka kaplic do obsłużenia); na informację o odwołanej Mszy św. czy nabożeństwie słyszy się odpowiedź: „Nic się nie dzieje, pójdziemy do ojca Wasyla”, czyli do greckokatolickiego proboszcza po sąsiedzku. Zatem na pytanie o liczbę parafian i ja w takiej sytuacji szczerze muszę odpowiedzieć: „Nie wiem”.

Przyzwyczajonym do swoistej licytacji, kto ma większą liczebnie parafię, u kogo jest więcej grup i stowarzyszeń, gdzie jest więcej ministrantów, młodzieży, chrztów, a nawet pogrzebów, gdzie więcej akcji duszpasterskich, taka odpowiedź wydawać się może szalona albo stanowić podstawę do jednoznacznie negatywnej oceny działalności duszpasterskiej, a w konsekwencji nawet i wiary. „Mentalność statystyczna” każe nam w takiej sytuacji postawić znak równości pomiędzy ilością a jakością w religijnym czy duszpasterskim życiu. Może zabrzmi to nieco prowokacyjnie, ale przykład takiej właśnie mentalności można było zaobserwować w czasie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Szafowano liczbami, ilu pielgrzymów przyjedzie, a ilu nie przyjedzie, z jakich krajów, ilu ich będzie w parafiach, na Błoniach, na Campus Misericordiae na czuwaniu z papieżem, a co będzie, gdy prognozy się nie sprawdzą, gdy będzie ich mniej, niż zakładaliśmy, co gdy nie będzie miliona, dwóch milionów?

Światowe Dni Młodzieży się odbyły, a „mentalność statystyczna” polskiego duszpasterstwa otrzymała uroczyste potwierdzenie sukcesu w liczbie uczestników Mszy św. kończącej ŚDM 2016. W niczym nie zamierzam dyskredytować wspomnianych wydarzeń, chcę jednak zwrócić uwagę na pewien mechanizm utożsamiania kondycji religijnej, czy ściśle duchowej, z aktywnością czysto zewnętrzną. Przywykliśmy bowiem do tego, że poziom religijności parafii, diecezji, Kościoła mierzymy liczbą wiernych, nabożeństw różnego typu czy organizowanych akcji ewangelizacyjnych.

Warto jednak pokusić się o odejście od tak pojmowanej skuteczności duszpasterstwa. W moim przypadku rzeczywistość Kościoła na Ukrainie pozwoliła mi spojrzeć z nieco innej strony na ogół duszpasterskiej aktywności. By zrozumieć specyfikę życia religijnego na tych terenach, trzeba mieć nieustannie w świadomości fakt, że komunizm władał tutaj niepodzielnie przez dziesięciolecia. I nie był to komunizm znany z naszego polskiego podwórka, lecz jego najbardziej jaskrawa postać, oddająca całą brutalność i nieludzkość tego systemu, za fundamentalne założenie mająca hasło „Boga niet”. W związku z tym potrzeba innego spojrzenia na rzeczywistość duszpasterstwa i pracy kapłańskiej. Nie można ulegać pokusie statystyk jako wyznacznika silnej i głębokiej wiary. Bo jak ocenić wiarę ludzi czy wspólnot, które dopiero kilka czy kilkanaście lat cieszą się wolnością, które niedawno odzyskały świątynię będącą przez pięćdziesiąt lat salą kinową czy magazynem zboża. A co w przypadku wspólnot, które istnieją, działają, a niestety dalej nie posiadają swojej świątyni, bo jej nie ma w ogóle albo nie została zwrócona pełnoprawnym właścicielom? Co w sytuacji, gdy większość parafian to ludzie z ulicy, nowi, niedawno zaznajomieni z wiarą, często po przejściach, poranieni przez różnego rodzaju sekty? Nie da się tego w prosty sposób posegregować, zaszufladkować, zliczyć czy podsumować. Ale, paradoksalnie, taka sytuacja pozwala dostrzec coś więcej niż tylko statystyki, pozwala wręcz się od nich uwolnić i spojrzeć o wiele szerzej i głębiej na rzeczywistość wiary. Jednak, co ważniejsze, pozwala także dostrzec w innym świetle posługę kapłańską. I na tym chciałbym się nieco zatrzymać.

Swoiste poczucie wszechobecnego kryzysu wdziera się w tożsamość posługi kapłańskiej. Słyszymy o kryzysie powołań, spadku liczby kleryków w seminariach, o wielkich i głośnych odejściach ze stanu duchownego. Trzeba dodać do tego obecne dziś dość często zobojętnienie religijne, podważanie idei kapłaństwa, celibatu, czasem wręcz nachalną nagonkę na duchownych. Nie pozostaje to bez wpływu na stan duchowy kapłana czy na podejście do zadań spełnianych w duszpasterstwie. Możemy wpaść w swego rodzaju marazm, rezygnację. Mogą się rodzić wątpliwości, pytania o sens posługi czy powołania. A jeśli nałożymy na to jeszcze wspomnianą mentalność statystyczną, zwłaszcza brak widzialnych od razu efektów naszej pracy, możemy dojść do wniosku, że współcześnie idea życia i pracy kapłańskiej traci swój sens, bo po co się starać, po co angażować, po co wkładać swoje siły, zdrowie, skoro i tak nic to nie daje albo daje relatywnie mało. Nic więc dziwnego, że z czasem kapłan może stać się znudzony, niekiedy zgorzkniały, często nieświadomie wyobcowany, a swoją posługę i powołanie traktować jako tylko obowiązek lub funkcję, którą trzeba spełnić w określonym miejscu i czasie. Natomiast poza wyznaczonymi godzinami urzędowania (kościół, kancelaria, szkoła) ma swój własny świat, do którego jak najbardziej ma prawo, ale nie zawsze sposób kreowania tego świata przybiera formy odpowiednie dla stanu kapłańskiego.

Pobyt na Ukrainie, gdzie nie da się prosto przełożyć polskiego sposobu postrzegania duszpasterstwa na tutejsze realia, w pewien sposób pozwala mi odkrywać na nowo to, co stanowi sens i siłę kapłańskiej posługi. Zmiana miejsca, a co za tym idzie, potrzeba dostosowania się, przede wszystkim chyba mentalnie, do nowych warunków, daje możliwość nowego spojrzenia na to, co mam jako kapłan i czym zostałem obdarowany. Cytując słowa jednego z wykładowców seminaryjnych: „Dobrze czasem jest wyjechać poza własne nadleśnictwo”.

W wirze pracy duszpasterskiej, zwłaszcza w polskich realiach, istnieje ryzyko przysłonięcia czy spłycenia tożsamości kapłańskiej przez nadmierny aktywizm. W efekcie kapłan często może zacząć oceniać pozytywnie sam siebie tylko w kontekście zrealizowanych projektów duszpasterskich, liczby stworzonych i prowadzonych grup. A gdzieś w tyle, jakby niedoceniona, pozostaje rzeczywistość duchowych skarbów płynących z jego posługi. Przecież nawet jeśli kapłan nie może odnotować na swoim koncie spektakularnych sukcesów, poszczycić się wspaniale zorganizowaną akcją ewangelizacyjną, tłumem rozśpiewanej młodzieży, to zawsze pozostaje to, co może dać najcenniejszego – żywego Boga ukrytego w sakramentach, liturgii, Ewangelii. W ostatecznym rozrachunku nawet najbardziej widowiskowe przedsięwzięcia duszpasterskie nie są w stanie równać się z mocą łaski Bożej działającej w ciszy konfesjonału czy na ołtarzu, pod postacią chleba w dłoniach choćby i bardzo grzesznego kapłana.

Ks. Mateusz Świstak – wyświęcony w 2012 r., od lipca 2016 na Ukrainie (archidiecezja lwowska, parafia Brody); zainteresowania: liturgika (ostatnio zwłaszcza ryt bizantyjski), muzyka, historia, turystyka; zafascynowany dorobkiem teologicznym Benedykta XVI i nauczaniem abp Fultona Sheena.

Udostępnij Tweet