O pożytkach kapłana z lektury Miłosza – kl. Mateusz Switek

 

„W pewnej odległości postępuję za Tobą, wstydząc się podejść bliżej.
Choć wybrałeś mnie na robotnika Twojej winnicy
i tłoczyłem grona Twego gniewu.
Może to prawda, że Ciebie w skrytości kochałem.
Ale bez wielkiej nadziei, że będę przy Tobie jak oni”.
(Odległość)

Chrześcijaństwo nieprowadzące dialogu z kulturą, tracące zdolność do jej zapładniania, ożywiania i fascynowania samo wyrzeka się potężnego narzędzia ewangelizacji. Z drugiej strony lekceważenie sztuki czy filozofii, impregnacja zarówno na krytyczne uwagi, jak i na diagnozę aktualnej doli ludzkiej, to drugie oblicze tego kulturowego izolacjonizmu Kościoła. Palącym zadaniem jest więc ciągłe szukanie i wykorzystywanie odblasków prawdy zawartych w dziełach kultury. Przykładem autora zapewniającego takie inspiracje jest Czesław Miłosz.

Polska – a w istocie kultura zachodnia w ogóle – zrodziła człowieka, którego fascynacja Pismem Świętym i chęć jego tłumaczenia zmobilizowały do nauki greki i hebrajskiego w wieku ponad sześćdziesięciu lat. Wychowała artystę, który odbierając Nagrodę Nobla i opisując swój intelektualny życiorys, przyznawał: „Dobrze jest słyszeć od dziecka słowa łacińskiej liturgii, tłumaczyć w szkole Owidiusza, uczyć się katolickiej dogmatyki i apologetyki”. O Miłoszu przychylnie wyrażali się ludzie będący niepodważalnymi autorytetami polskiego katolicyzmu: Jan Paweł II, którego poeta prosił o błogosławieństwo na swoje poszukiwania, czy Stefan kard. Wyszyński. Paradoksalnie jednak pozostaje on twórcą nie tyle zapomnianym czy lekceważonym, ile wprost obdarzanym potężną nieufnością. Najbardziej przykrym manifestem niechęci były protesty pewnych katolickich środowisk przeciw pogrzebowi poety na Skałce. Są one do tej pory wypominane przez nieżyczliwych Kościołowi obserwatorów, a wielu Polakom poezja o treści religijnej kojarzy się wyłącznie z ks. Twardowskim. Warto zmienić taki stan rzeczy.

By rzetelnie oprzeć się na jakimś autorze, wypada solidnie go poznać. Niewiele bowiem postaw kompromituje bardziej niż nieświadome wyrywanie z kontekstu wypowiedzi, rozpaczliwe nieraz podpieranie się autorytetem, którego faktyczne poglądy nie pozwalają na tego rodzaju manewr. Niestety taka pokusa zdarza się nieraz kapłanom. Kim był więc naprawdę Miłosz? Praktykującym aż do śmierci katolikiem i patriotą czy komunistycznym zdrajcą oraz zafascynowanym herezjami antyklerykałem? Być może wielkość tej postaci leży w trudności jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie. Jako człowiek, który świadomie przeżył niemal cały XX wiek, był doświadczony jego tragediami, pokusami i zwątpieniami, których poważne traktowanie utrudniało mu praktykowanie chrześcijaństwa „optymistycznego” i wyzbytego rozpaczy. Pesymizm i niepokój nadały więc jego wierze rysy Księgi Hioba i Księgi Koheleta oraz lamentacyjnych Psalmów, tekstów nie bez powodu przez niego przetłumaczonych. Mimo mroku zwątpienia przez całe życie myślał i pisał „w żywiole chrześcijaństwa”.

Rzetelność wymaga więc zaznaczenia bardziej kontrowersyjnych dla czytelnika w koloratce aspektów życia i dzieła Miłosza. Dwudziestolecie międzywojenne pozostawiło w nim ogromną niechęć do idei narodowych, patriotyzmu łączonego z mocną obecnością Kościoła w polityce oraz z wrażliwością historyczną czerpiącą z romantyzmu. Frapująca tajemnica zła sprawiła natomiast, że wciąż zmagał się z myśleniem manichejskim, gnostyckim czy ezoterycznym. Innym rodzajem odpowiedzi kusiły go idee filozofów zmiany, dziejowego ruchu – Heraklita, Hegla, Marksa. Nie chodzi tu jedynie o inteligenckie zabawy filozofią. Poeta, jak chyba każdy myślący człowiek w XX wieku, pytał: czy natura pełna śmierci i zdeterminowanego cierpienia może być dziełem dobrego Boga? Z drugiej zaś strony – czy ludzki los bądź historia świata mają sens, czy stanowią tylko strumień jałowo przemijającego czasu – wojen, mordów i nienawiści? Czy jednostka jest czymś więcej niż igraszką procesów dziejowych?

Krótki związek z reżimem komunistycznym, który zaowocował krytyczną analizą zaskakującej atrakcyjności socjalizmu w Zniewolonym umyśle, to właśnie odbicie tych wewnętrznych poszukiwań, od których nagannego charakteru Miłosz się nie dystansował. W konkretnych decyzjach i poglądach – krytyce upolitycznienia, ciasnoty i płytkości polskiego katolicyzmu czy zarzutach wypaczania w Polsce kultu maryjnego, a nawet w zaskakujących opiniach światopoglądowych – należy widzieć raczej głos wątpiącego, zmagającego się ze swoją wiarą wiernego niż zajadłego wroga z zewnątrz Kościoła. Deklaracje przywiązania do katolicyzmu, ale równocześnie ciągłego rozpięcia między zwątpieniem a zawierzeniem, są liczne na kartach jego dzieł. Potwierdza tę tezę wielka rola, jaką w życiu autora odegrali zaprzyjaźnieni duchowni – Thomas Merton i Józef Sadzik. Korespondencja z nimi ukazuje Miłosza właśnie jako poszukiwacza swego miejsca w Kościele.

Problem, jaki ma z noblistą „ortodoksyjny” czytelnik, chyba jednak nie wynika ani z trudnej, erudycyjnej poezji, ani z niejednoznacznych postaw w życiu. Znakomite wiersze religijne Miłosza często nie nadają się do bezpośredniego, szybkiego zacytowania, do przerobienia w wygodne narzędzie retoryczne. Bywają niejednoznaczne, niepewne. Po wspaniałym wyznaniu wiary następuje wers dystansu, niepewności; tomik wyrażający mocne zaufanie Bogu bywa podważany następnym, powracającym do manichejskich podejrzeń, niepokoju i samotności. Jan Paweł II, bodajże po wydaniu Traktatu teologicznego, wypomniał życzliwie poecie, że w kwestiach wiary zdaje się na przemian robić „krok w przód i dwa kroki w tył”, na co Miłosz miał spytać, czy współcześnie jest możliwa inna forma poezji religijnej. Nie chcąc osunąć się w jednoznaczną, nachalną propagandę, sztuka pozostaje nieustannie w pewnej nieufności do samej siebie, jest raczej areną pytań i zmagań niż arsenałem prostych odpowiedzi, jest tworzona niejako oddolnie, stanowi głos współczesnego świata, człowieka zżeranego przez wątpliwości. Czyż jednak właśnie za tę solidarność w osobistym bólu i niepokoju nie cenimy choćby wspomnianych Psalmów?

Zarysowanie tych zastrzeżeń wydawało się konieczne do świadomego podejścia do tekstów Czesława Miłosza. W tym momencie przejść można do ukazania wartości dzieła noblisty i próby odpowiedzi na pytanie o jego przydatność dla kapłana. Ks. Jerzy Szymik, najbardziej zasłużony dla popularyzacji teologicznego, chrześcijańskiego sposobu odczytania dorobku Miłosza, tłumaczył swą fascynację m.in. słowami: „Czuję też głęboko, że Miłosz jest moim – grzesznego, ale chcącego wierzyć, i, ufam, wierzącego człowieka, chrześcijanina, księdza rzymskokatolickiego – głębokim sojusznikiem w owym nieustannym pragnieniu wyjścia poza materię, szukania Boga, w jakiejś stałej walce o Boga w samym środku prawdy życia. O to mam żal do odrzucających Miłosza z przyczyn doktrynalnych (że to gnostyk i heretyk). Mianowicie, że nie umieją dostrzec, jaki to cenny sojusznik w arcywspółczesnych zmaganiach z nihilizmem”. Istotnie, niezależnie od założeń interpretacyjnych większość badaczy, nawet sceptycznych wobec starań ks. Szymika, zgodzi się, że Miłosz to wielki obrońca wartości, poszukiwacz prawdy przypominający o duchowej i moralnej konstytucji człowieka.

Chcąc sformułować podręczny klucz do poznania myśli poety, można tu tylko marginalnie odnotować całe tło filozoficzne jego twórczości, choćby ogromne przywiązanie do św. Tomasza z Akwinu oraz neotomizmu. Choć w swoich poszukiwaniach interesował się przeróżnymi nurtami religijnymi i filozoficznymi, pozostał oddanym admiratorem myśli Tomaszowej, odczytanej jako pochwała i obrona porządku świata, ładu, realności konkretnej rzeczy. Dla Miłosza możliwość dotarcia do prawdy bytu stanowiła warunek ludzkiej nadziei, podstawę sensowności sztuki. Bez rozwijania tego wątku wolno w tym miejscu dokonać krótkiego „praktycznego” przeglądu tematów teologicznych w pismach noblisty. Zaproponowane też zostanie kilka fragmentów jego poezji.

Zacząć warto od fascynacji Pismem Świętym, obecnej u autora od wczesnych lat w postaci licznych nawiązań i wykorzystywania symboliki biblijnej. Nie chodzi tu jednak tylko o estetykę – z biegiem lat wzrastała wrażliwość religijna na moc natchnionej Księgi. Poeta wielokrotnie wyrażał się na temat niezwykłości, świętości i znaczenia Biblii, widział w niej skarb wzniosłego języka i kultury, ale także duchowe bogactwo. Warto sięgnąć po wiersz Lektury, mówiący o aktualności Ewangelii i uzasadniający jej czytanie w oryginale. Przywołać można fragment poruszającego, ważnego dla opisu religijnych idei autora Wykładu V:
„[…] Jakkolwiek by to było, z nami zawsze księga,

A w niej cudowne znaki, rady i nakazy
Niehigieniczne, prawda, i z rozsądkiem sprzeczne,
Ale dosyć, że są, na niemej ziemi.
To jakby ognisko grzało nas w jaskini,
Kiedy na zewnątrz stoją zimne ognie gwiazd […]”.
Tekst ten, nawet w tak krótkim fragmencie, ilustruje też wspomnianą niejednoznaczność religijnych wyznań autora.

Kolejne obszary „teologii literackiej” Miłosza można powiązać w istocie z kolejnymi działami dogmatyki. Pisał wiele o stworzeniu, pięknie świata oraz o grzechu pierworodnym, „pierwszym zwycięstwie ego”. Próba zrozumienia zła i cierpienia przenika większość utworów poety, a odpowiedź niesie właśnie poczucie skażenia natury, upadku, osobistej grzeszności, doli wygnańca z raju: „[…] Miłość własna podała jabłko i skończył się Wiek Złoty”. Centralne miejsce w teologii Miłosza zajmuje Chrystus – Drugi Adam jednający człowieka z Bogiem, przyjmujący małość ludzką, cierpiący:
„Nam był potrzebny Bóg kochający nas w słabości naszej,
Nie w chwale doskonałego zjednoczenia”.
(List)

Szczególnie istotna jest jednak bezkompromisowa alternatywa, jaką stawia Zmartwychwstanie – od uwierzenia w nie zależy sens ludzkiego życia:
„Jezus Chrystus zmartwychwstał. Ktokolwiek w to wierzy
Nie powinien zachowywać się tak jak my,
Którzy straciliśmy górę i dół, prawo i lewo, niebiosa, otchłanie,
A próbujemy jakoś przebrnąć, w autach, w łożach,
Mężczyźni chwytając się kobiet, kobiety mężczyzn,
Zapadając się, podnosząc, stawiając kawę,
Smarując chleb, bo znów jeden dzień,
I jeden rok […]”.
(Wykład V)

Kilka zdań warto poświęcić „eklezjologii” poety. Jak już zaznaczono, miał on spore problemy z utożsamieniem się z konkretnie doświadczanym Kościołem. Indywidualizm, wątpliwości, trudność prowadzenia życia sakramentalnego – poeta otwarcie zwierzał się z kłopotów, jakie miał ze spowiedzią – były dopełniane jednak przez dostrzeżenie wartości wspólnoty, prostej wiary, wzajemnego wspierania się, umacniania w zwątpieniu. Liczne są jego wspomnienia z dzieciństwa na temat liturgii łacińskiej, aktów pobożności ludowej. Wraz z wiekiem coraz pokorniej opisywał siebie jako uczestnika „kruchości i dziecinności człowieczego rodu”. Czasem, zbliżając się do publicystyki politycznej czy czysto kulturowej, chwalił uniwersalność katolicyzmu, a ganił wszelkie przejawy „nacjonalizowania” Kościoła. Szczególnie intryguje, że właśnie na linii antropologii i eklezjologii wyrasta specyficzna liryka maryjna Miłosza, obecna choćby w Modlitwie wigilijnej.

Ostatni „dogmatyczny” temat Miłosza to zagadnienie refleksji eschatologicznej. Już od pierwszych wierszy autor krążył między pesymizmem wieszczenia historycznej i kulturowej katastrofy a pragnieniem oparcia się o sens przemijania, o wiarę w dalsze życie. Widać to w znanej Piosence o końcu świata, licznych wierszach pisanych po śmierci bliskich osób, w refleksji nad własnym przemijaniem. Smutek wobec bezsensu wciąż miesza się z nadzieją, płodząc m.in. takie wersety:
„Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata.
Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca.
Wzywające odczytania ostateczne znaczenie.
Co nie zgadzało się, będzie się zgadzało.
Co było niepojęte, będzie pojęte”.
(Sens)

„[…] cokolwiek robimy,
Pragnąc, kochając, posiadając cierpiąc,
Jest zawsze tylko tymczasem,
Bo musi gdzieś być inne, prawdziwe i stałe […]”.
(Tłumacząc Annę Świrszczyńską na wyspie Morza Karaibskiego)

Osobny nurt godny rozważenia to eseistyka i poezja Miłosza jako brutalna krytyka świata konsumpcji, materializmu, społeczeństwa bez ducha. Tematów tych można by jeszcze wymienić więcej. Wydaje się jednak, że przekroczyłoby to zamiary tego tekstu. Ostatecznie jego celem było zainteresowanie czytelnika Miłoszem jako „poetą wyklętym” polskiej kultury chrześcijańskiej. Jego prace obfitują w myśli, cytaty przydatne w kazaniach, godne rozważenia i przedyskutowania. Największą przygodą jest jednak droga bezinteresownego poznawania wrażliwości autora i odnalezienia w niej inspiracji do własnego przeżywania i rozumienia wiary. Niech te refleksje zakończą również słowa poezji:
„Im więcej na dzień jesteś znieważony,
Im śmieszniejsze wkładają na ciebie korony
I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę,
Albo liczą cię między pamiątki niebyłe,
Im więcej żalu, drwiny, gniewu, oskarżenia,
Bo słowo twoje z miejsca nie ruszy kamienia,
Tym bardziej pewnym mogą być tego jednego:
Że ty jesteś zaiste, Alfą i Omegą”.
(Im więcej)

Bibliografia:

Cz. Miłosz, Wiersze wszystkie, Kraków 2011.
Cz. Miłosz, Eseje, Warszawa 2000.
Cz. Miłosz, Metafizyczna pauza, Kraków 1989.
J. Szymik, Problem teologicznego wymiaru dzieła literackiego Czesława Miłosza, Katowice 1996.
Nie jestem stąd: o chrześcijańskim obliczu twórczości Czesława Miłosza. Z Jerzym Szymikiem rozmawia Marcin Witan, Katowice 2011.
R. Nycz, Literatura jako trop rzeczywistości: poetyka epifanii w nowoczesnej literaturze polskiej, Kraków 2001.
P. Roszak, Chrześcijaństwo i jego ethos z perspektywy dialogu ks. J. Sadzika i Cz. Miłosza w: „Studia Gdańskie”, T. 37 (2014), s. 175-185.
Z. Zarębianka, Religijne aspekty poezji Czesława Miłosza w: „Przegląd Powszechny”, R. 126, nr 6 (2009), s. 84-91.

Mateusz Switek, alumn Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie; zainteresowania: filozofia Boga, filozofia kultury, estetyka filozoficzna, teologia dogmatyczna, literatura piękna.

 

Udostępnij Tweet